„Jestem uprzywilejowanym szczęściarzem” – rozmowa z liderem legendarnego The Mission, Waynem Husseyem

Odliczanie dni do wydania kolejnej płyty The Mission już się rozpoczęło. We wrześniu tego roku płyta ujrzy światło dzienne. Fakt ten dał mi idealny powód do przeprowadzenia rozmowy z wyjątkowym muzykiem i zarazem liderem grupy The Mission. Pewnego deszczowego dnia – bardzo podekscytowana i niezwykle zaszczycona – miałam okazję porozmawiać z Waynem Husseyem o jego życiu i dorobku artystycznym.

Przez rok byłeś członkiem The Sisters Of Mercy i kompozytorem większości utworów na płycie „First and Last and Always„, która wkrótce stała się wręcz legendarna w kręgach muzyki gotyckiej i rockowej. Czy zatem bycie w szeregach The Sister Of Mercy to dla Ciebie przekleństwo czy błogosławieństwo?

WH: Przede wszystkim, jestem bardzo dumny z tej płyty. Zwykle nie słucham własnych piosenek, ale niedawno miałem okazję usłyszeć „Marian” i pomyślałem, że brzmi naprawdę fantastycznie. Wiele zyskałem na opuszczeniu szeregów The Sisters Of Mercy, ale szczerze mówiąc, już nudzi mnie to pytanie. Minęło 27 lat odkąd odszedłem z The Sisters Of Mercy, więc tak naprawdę ta sprawa już mnie nie dotyczy. Trudno jednak zaprzeczyć, że w tamtym czasie to była fajna rzecz, świetnie się bawiliśmy, a granie w The Sisters Of Mercy było kamieniem milowym do innych i lepszych działań.

To chyba jedno z tych pytań, które samo się nasuwa.

WH: Jestem pewien, że Andy [Eldritch] nigdy nie jest pytany o to jak układała mu się współpraca z Waynem 27 lat temu, więc nie wiem dlaczego to ciągle ja jestem pytany o The Sisters Of Mercy.

W 2008 The Mission wyruszył w trasę po Europie, która miała być serią ostatnich koncertów w historii zespołu. Jednak po trzyletniej przerwie i bardzo długim wahaniu zgodziłeś się zagrać parę koncertów z okazji 25-lecia The Mission. I tak, krok po kroku, fani oczekują właśnie nowej płyty zespołu. Co stoi za tą decyzją? Wtedy wydawałeś się być przekonany o zamknięciu rozdziału pt. „The Mission”.

Wayne Hussey, The MissionWH: Tak, to prawda. Wracając pamięcią do 2008, nie miałem zamiaru ciągnąć dalej The Mission. Nie planowałem więcej żadnych płyt ani koncertów, chciałem skupić się na czymś innym. Jestem jednak człowiekiem i zmieniam zdanie. Zostałem przekonany do tego, by przemyśleć zagranie koncertów w związku z 25-leciem The Mission. Pomyślałem wtedy, że rzeczywiście możemy to zrobić, a później okazało się, że mamy z tego ogromną frajdę. Stwierdziliśmy, że jeszcze potrafimy solidnie pohałasować, więc zagraliśmy dodatkowe dwa koncerty. A później zadaliśmy sobie pytanie dlaczego by nie nagrać płyty. Tak zwyczajnie jedno wypłynęło z drugiego. Nie przewidywałem kolejnego albumu, a jednak go nagraliśmy, właśnie został ukończony. Mam szczęście, bo The Mission ciągle istnieje, ale nie pochłania całego mojego czasu. Wciąż mogę grać solowe koncerty i angażować się w inne projekty. I o to właśnie mi chodziło w 2008. Wydaje mi się, że wtedy The Mission zdominowało moje życie i właśnie nadszedł czas, żeby to zmienić.

Twoja muzyka idzie w bardzo różnych kierunkach i obejmuje wiele gatunków – mam tu na myśli nie tylko samo The Mission, ale też projekty poboczne. Jaka zatem jest następna płyta The Mission?

WH: Dla mnie to płyta rockowa, ale moja żona nazywa ją „albumem testosteronowym”. Wszystko kręci się wokół mięśni i rocka. Przez większość czasu walczyłem z pojmowaniem The Mission w kategoriach grupy rockowej. Opierałem się takiemu postrzeganiu zespołu starając się udowodnić, że to co robię chyba nie jest tak oczywiste. Jednak numery na tę płytę napisałem ponad pół roku przed jej nagraniem i już wtedy było dla mnie jasne, że to rockowy materiał. Nareszcie czuję się komfortowo z myślą, że jesteśmy rockowym zespołem. Nic dodać, nic ująć. Ta płyta jest po prostu bezwstydnie rockowym albumem. Nie ma na niej żadnych pozorów ani prób przemycenia górnolotnej sztuki – to płyta rockowa.

Którą płytę i piosenkę The Mission darzysz największym sentymentem i dlaczego?

WH: Trudne pytanie, bo to zmienia się z dnia na dzień, a nawet z godziny na godzinę.

A jak jest dzisiaj?

WH: Ok, stan na dziś. Rzecz jasna, bliższy jest mi najnowszy album niż, np. „God’s Own Medicine” z 1986. W tej kwestii jestem pewnie jak każdy artysta, który za najlepsze dzieło uważa to ostatnie. Ale jak wiadomo, to niekoniecznie prawda. Tylko czas pokaże czy tak faktycznie jest. To tak na marginesie. Gdybym jednak nie mógł wybrać najnowszej płyty, wskazałbym piosenkę „The Tower of Strength”, która moim zdaniem chyba najlepiej podsumowuje The Mission. Napisałem ją dla naszej publiczności. Ta piosenka to świętowanie naszego związku, ale też wszystkich innych związków. To świętowanie życia. Na scenie ma zawsze wielką moc. Podczas koncertów, za każdym razem gdy ją gramy, między nami a naszą publicznością tworzy się więź. Lubię tę piosenkę właśnie z tych powodów, ale to nie jest mój ulubiony numer. Mój faworyt to… kurczę, nie wiem czy w ogóle mam swoją ulubioną piosenkę.

Z płyt, największym sentymentem darzę chyba „God’s Own Medicine”, ponieważ to był nasz debiut. Wszystko było takie nowe, a my sami byliśmy nieskażeni tym, co zwykle przytrafia się różnym zespołom. Z tą płytą odnosiliśmy pierwsze sukcesy, wszystko było nowe i ekscytujące. Po odejściu z The Sisters Of Mercy odczułem wielką ulgę mogąc robić swoje i właśnie dlatego wymieniłbym „God’s Own Medicine” jako płytę, z którą łączy mnie najwięcej emocji.

Nie sposób nie zapytać o instrumentalny utwór „Tadeusz (1912-1988)” umieszczony na reedycji płyty „Children”. Tadeusz, to typowe polskie imię, niegdyś bardzo popularne, teraz już trochę zapomniane. Czy za tym utworem stoi jakaś historia?

WH: Ogólnie rzecz biorąc to instrumentalny numer Simona [Hinklera] i Craiga [Adamsa]. Kombinowali przy nim na próbach, a potrzebowaliśmy wtedy czegoś na drugą stronę singla. Z tego co pamiętam, to była albo druga strona, albo dodatkowy utwór na singlu „Beyond The Pale”, a ponieważ pochodzi właśnie z tego okresu, postanowiliśmy umieścić go na reedycji płyty „Children” kiedy zapadła decyzja o jej wydaniu.

Tadeusz to było imię gościa, który mieszkał obok Simona w Sheffield. Mniej więcej wtedy, gdy nagrywaliśmy ten numer, Tadeusz zmarł. Simon postanowił uwiecznić go w muzyce, dlatego nazwał ten numer „Tadeusz” – na jego cześć. Ale to utwór Simona i Craiga, ja tak naprawdę nie miałem z nim nic wspólnego.

Jak myślisz, gdzie w historii rocka ma swoje miejsceThe Mission?

WH: Po „L” i przed „N”. [śmiech] Nie wiem, to nie ja powinienem wypowiadać się na ten temat. Wydaje mi się, że przez cały ten czas wciąż jesteśmy w pewnym stopniu niedoceniani. Nie uzyskaliśmy uznania od krytyki, które moim zdaniem powinniśmy dostać. Z drugiej strony osiągnęliśmy komercyjny sukces, co sprawiło nam ogromną radość. Zawsze gdzieś będą zespoły większe i lepsze. Zawsze będą takie, które są większe, ale nie tak dobre, lub też dużo mniejsze, za to lepsze. Czuję się w tym wszystkim uprzywilejowanym szczęściarzem mogąc robić to, co robię od 27 lat, albo i dłużej. Chyba jest w nas coś, co publiczność rozpoznaje jako pierwiastek prawdy, bo dzięki temu udało nam się przetrwać przez te wszystkie lata. Naprawdę nie wiem jak mam odpowiedzieć na to pytanie. Nie do mnie należy decyzja gdzie umieścić The Mission w historii rocka.

Będąc od tylu lat w branży muzycznej, jak reagujesz na krytykę i reakcje odbiorców? Czy negatywne opinie są w stanie w jakikolwiek sposób Cię dotknąć?

WH: Tak, ale coraz mniej. Dziwna sprawa z tą krytyką. Jeśli chodzi o recenzje płyt, to możesz dostać ich sto w tym 99 dobrych, a i tak najbardziej zapamiętasz tę negatywną. Zawsze tak było i chyba dotyczy to większości artystów. Przez lata zaczynasz rozumieć, że recenzje i zła krytyka nie są tak naprawdę ważne, po prostu zwykła kolej rzeczy. To, czego się nauczyłem, to żeby pozostać sobie wiernym. Muszę być szczery w tym, co robię i jeśli ludzie tego nie łapią, to nie – po prostu. Jeśli natomiast są tacy, którzy łapią – świetnie. Wiadomo, że zarówno dobra, jak i zła krytyka ma na mnie wpływ, ale już się nią za bardzo nie przejmuję.

Pomówmy chwilę o Twoich projektach pobocznych i udziałach gościnnych. Czy mógłbyś opowiedzieć o swojej współpracy z polską grupą Agressiva 69? Jak to się stało, że w numerze „In Your Eyes” słychać Twój głos?

WH: Nie jestem do końca pewien jak to było. Chyba kontaktowali się ze mną albo przez MySpace, albo przez stronę zespołu, lub przez management – nie pamiętam. W jakiś sposób dotarli do mnie z pytaniem, czy byłbym zainteresowany nagraniem wokalu do jednego z ich numerów. Często otrzymuję takie pytania. Jednak zanim odpowiem, zawsze mówię, że najpierw chcę usłyszeć muzykę. Wysłali mi więc ścieżkę dzwiękową i przedstawili ogólny pomysł na ten numer. Bardzo podobała mi się muzyka i sam fakt, że od razu wywołała we mnie reakcję. Pomyślałem, że rzeczywiście mógłbym zrobić z tym coś fajnego, usiąść, napisać tekst i go zaśpiewać. To był jeden z tych przypadków, gdzie dostaję jakiś kawałek i decyduję, czy coś dalej z nim zrobię. Na każdą propozycję, którą akceptuję, przypada dziesięć, albo i więcej, które odrzucam. [śmiech]

Czyli mogą się teraz czuć wyróżnieni. [śmiech]

WH: To nie chodzi o żadne wyróżnienia, tylko o dobry kawałek łatwy do zaśpiewania. Nie lubię utrudniać sobie życia, a zgodziłem się dlatego, że to był fajny i łatwy do zrobienia numer.

Wayne Hussey, The Mission

Dosłownie na dniach ukazał się krążek „The Ungodly Hour” – bardzo odległy od tego, co robisz z The Mission. Czy mógłbyś powiedzieć parę słów na temat tej produkcji oraz współpracy z Marcusem Birro i Matsem Lerneby?

WH: Matsa poznałem jakieś dziesięć lat temu. Jest dziennikarzem w Szwecji i jako wieloletni fan The Mission, robił ze mną wywiad do jakiegoś magazynu czy gazety. Opowiedział mi wtedy o Marcusie, który tak samo był wieloletnim fanem The Mission, a także pisarzem, poetą, osobą często pojawiającą się w szwedzkiej telewizji i gospodarzem programów typu talk show. Mats zapytał, czy chciałbym poznać Marcusa. Któregoś razu przyprowadził go na nasz koncert i poznał nas ze sobą. Marcus dał mi wtedy wszystkie swoje książki. Nigdy ich nie przeczytałem, bo są po szwedzku, za to każdą podpisał. [śmiech]

Jakieś trzy lata temu Marcus organizował spotkanie autorskie z okazji wydania jednej ze swoich książek. Opowiadała o jego bohaterach, na których się wychował i tak się złożyło, że byłem jednym z nich. Myślę, że Joe Strummer był jego największym bohaterem, ale wtedy już nie żył i Marcus nie mógł poprosić jego, więc zapytał mnie, czy nie zechciałbym wziąć udziału w takim spotkaniu, albo w trasie. To była mała trasa po Szwecji, głównie w teatrach, która polegała na tym, że Marcus czytał fragmenty książki, przedstawiał mnie jak swojego bohatera, ja prezentowałem kilka swoich piosenek, a później grałem w tle kiedy Marcus czytał. To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie i bardzo mi się to podobało. Miałem z tym mnóstwo frajdy i bardzo mało stresu, każdego wieczora moja rola sprowadzała się do zagrania trzech czy czterech numerów – czyli łatwizna. Tak jak mówiłem, nie lubię sobie niczego utrudniać. [śmiech]

Mats i Marcus od dawna razem pracują – Marcus robi spotkania, a Mats muzykę, więc to, że zacząłem grać razem z Matsem było tylko kwestią czasu. Podczas trasy wspólnie doszliśmy do wniosku, że świetnie byłoby nagrać razem płytę: Marcus mógłby czytać a ja grać. W ubiegłym roku w końcu się skrzyknęli, przylecieli po mnie i w tydzień, czy nawet sześć dni nagraliśmy w szwedzkim studiu płytę. W zasadzie w nim mieszkaliśmy. Pisałem tam muzykę, od ręki ją nagrywaliśmy, a Marcus dogrywał swój głos. Bardzo mi się to podobało. Nie było w tym żadnego konceptu muzycznego, nie rozumiałem też nic z tekstów Marcusa, bo nie znam szwedzkiego, ale wyczuwałem klimat. Nagrywanie tej płyty było dla mnie wielką przyjemnością, a także bardzo kreatywnym doświadczeniem, wstawałem rano z pomysłem na piosenkę, a w przeciągu dwóch – trzech godzin była gotowa. To było świetne. Cieszyłem się z każdego etapu powstawania tej płyty.

W jednym numerze na tej płycie można usłyszeć motyw z „Butterfly On The Wheel”. Dlaczego użyłeś właśnie tego utworu?

WH: Przyczyną, dla której użyliśmy tego numeru był fakt, że Marcus i jego żona stracili dziecko – urodziło się martwe. Marcus opowiedział mi, że „Butterfly On The Wheel” było piosenką, która pozwoliła przetrwać im ten mroczny okres. Powiedział też, że napisał o tym tekst i zapytał, czy moglibyśmy zagrać „Butterfly On The Wheel” na pianinie. Oczywiście zgodziłem się. Stąd właśnie wziął się ten motyw.

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Ta kwestia męczy mnie od wieków: dlaczego kiedyś występowałeś na scenie tylko boso? [śmiech]

WH: Dlaczego tak Cię to dręczy? [śmiech] Właściwie, to w tej chwili też siedzę tu boso. Nie lubię butów ani skarpetek i nigdy nie lubiłem, nawet jako dziecko. Jeśli więc mam wymówkę, by je zdjąć… nie, nie potrzebuję żadnych wymówek – po prostu je zdejmuję. Pamiętam jednak z czasów kiedy paliłem, że ludzie kładli dla mnie na scenie papierosy, więc musiałem z powrotem zacząć nosić buty i skarpetki. Niezbyt mili to ludzie, prawda?

Rzeczywiście, paskudni…
Czego można życzyć komuś, kto w świecie rocka doświadczył już chyba wszystkiego?

WH: Rzeczą, której nigdy nie robiłem, a bardzo bym chciał, i ciągle leży mi gdzieś na ambicji, to skomponowanie muzyki do filmu. Zrobiłem już pojedyncze kawałki, ale nigdy do całego filmu. Myślę, że byłbym w tym naprawdę dobry, ale nie znalazłem jeszcze nikogo, żadnego reżysera, który wierzyłby we mnie na tyle, by mi na to pozwolić. [śmiech]

Jaki miałby być to film?

WH: Myślę, że musiałby być bardziej artystyczny, na pewno nie hollywoodzki. Coś niezależnego z dobrą fabułą.

…tego właśnie Ci życzę. Dziękuję Ci za poświęcony czas.

WH: To ja dziękuję.

Najnowsza płyta The Mission ukaże się 20 września w Europie i 23 września w Wielkiej Brytanii.
Strona oficjalna zespołu: www.themissionuk.com

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *