Carpe z dorszem: czyli wakacyjne kontemplacje

Ponownie złapało mnie lato, trochę przejazdem, a może przelotem, właściwie przypomniało o sobie POTEM na czole i nie tylko. Ciepło, wyraźnie nie pochodzące z kaloryferów wymusiło potrzebę chłodnego natrysku, któremu poddałam się chętnie i namiętnie. Plusk wody przypomniał mi o plusku fal, a szum w rurach, o gwarnych zbiorowiskach ludzkich. Więc, ni stąd ni zowąd pojechałam do przyjaciółki prawie nad samo morze…

Co wynika z mej przekornej natury, więc w przeciwieństwie do większości spontanicznych wczasowiczów, lata nad morzem NIE kojarzę z ciepłym piaskiem i chłodem bałtyckich fal, lecz z piekielnym tłokiem na plaży, piskiem rozchichotanych małych istot ludzkich, przykrą mieszanką potu, zjełczałych olejków do opalania i wszędobelnych papierosów. Skojarzenia te i inne przenikają mnie tak jak potrafi przeniknąć swąd przegrzanego oleju, i kulinariów typu „usmażymy wszystko, a czego nie usmażymy to grillujemy”. 

I tak nagle i prawie przypadkiem moje kontemplacje zawiodły mnie na już nadmorską tłoczną lokalną uliczkę i przykleiły się do mnie jak szklanka piwa z sokiem do stołu zalakierowanego warstwami spożytych na nim posiłków. Przyznać muszę, że małe piwo zakupione w smażalni ryb, którą wycięto z archiwów kina polskiego sprzed jakiś 30 lat, i którą beztrosko wklejono wczoraj na jednym z deptaków dla wczasowiczów, zadziałało przedziwnie, co pewnie ma jakiś związek z pozyskanymi w drodze medytacji poniższymi kontemplacjami. 

Moje pierwsze piwne spostrzeżenia otarły się o samą koncepcję „wczasów”, które pamiętam z komunistycznego dzieciństwa. Ludzie mali, duzi i średni, w różnych kombinacjach i konfiguracjach, spacerujący w „tę i we w tę” z tą dziwną i ledwo uchwytną melancholią wymalowaną na twarzach, która z pewną niechęcią, ale dość dobitnie ogłasza wszem i wobec „jestem na wakacjach”. Nie ukrywam, że ta proklamacja o ich „wczasowości” wzbudziła we mnie zazdrość, jako że koncepcja wczasów i wakacji opiera się mi już od kilku lat i ciągle daje kosza, powiem więcej, daje nura, i omija mnie tak wielkim łukiem, że ten nie zmieścił by się nawet na nieboskłonie. 

Chociaż moje wakacje prześmiewczo mnie omijają, dla innych wakacje/wczasy, to czas błogiego paradowania i oddawania się wszystkim rozkoszom, na które tylko zezwoli portfel. Życie od posiłku do posiłku, od kawy do kawy, czy od jednego płynu do drugiego – czas na przyjemności, imprezy i zabawy… Pewnie dla niejednego to czas przechodzenia z jednego stanu w drugi…(dosłownie i w przenośni).

Co z jednej strony przeraziło moje oczy, a zarazem zachwyciło mnie to fakt, że wczasowicze PARADUJĄ. Paradują samych siebie, swoje ciała, gusta i swoją kulturową osobliwość/osobowość (osobliwą osobowość?). Widziałam bowiem mamę z trójką córek, wszystkie ubrane poprawnie i letnio, brody podniesione dumnie i tak wysoko na ile pozwały im zalotnie topniejące lody w wafelkach. Ot panny na wydaniu, jak za dawnych dobrych czasów, choć bez rękawiczek i parasolek chroniących ich błękitną krew przed słońcem. 

Fascynujące były pary młode i w średnim wieku, a także rodziny i folklor im rodzimy. Fascynujące były też akcenty dobrobytu jak też i zbędnego na wczasach dobrego smaku. Przełożyły się one na wachlarz z jednej strony kolorowy, a z drugiej lekko patchworkowaty, czyli nieco poczwarny. A wachlarzem chłodzić trzeba było rozgrzane do czerwoności zmysły.

Moja uwaga zakotwiczyła się na chwilę na biustach często rozlanych jak zalew pomorski, te kołysały się w rytm miarowych kroków z siłą nie mniejszą niż 10 w skali Bufora. Widziałam panią, która w górę od bikini, zmieściła nie dwie zaledwie górki lecz ich cały łańcuch chyba, te wylewnie lub przelewnie się z nią droczyły wyraźnie targując się czy mają tam pozostać czy może mogły by już wypłynąć na szersze wody…

Chociaż śmiem twierdzić, że to nie mój fetysz, stopy również przykuły moją uwagę do trotuaru po którym stąpały, człapały i szurały. Widziałam pana, który skarpety dobrał prawie doskonale do barwy swoich przykurzonych sandałów; także innego pana, który postanowił założyć japonki chociaż oprócz finezji najwyraźniej zabrakło mu czasu na pedikiur – krogulcze skojarzenie długo jeszcze będzie mnie prześladować.

Ponadto, całe studium mogłabym zadedykować różnym demonstracjom szeroko w prasie kobiecej omawianemu efektowi skórki pomarańczowej. Czasem skórka ta wyeksponowana była bezceremonialnie poprzez przypadkową (lub nie) kusość stroju. W niektórych przypadkach każdy „pomarańczowy” dołeczek podkreślony był przez tkaniny przylegające zbyt chętnie do napiętych, czy wepchniętych w nie kształtów. 

Parada jednak nie ograniczała się tylko do odzienia. Niemalże obowiązkowo, każdy trzymał w ręku zakupione letnie trofeum pamiątkowe, lub kąsek czegoś co najwyraźniej należało przeżuwać na oczach innych. Tu pulchne dziecięce paluszki kurczowo trzymały w jednej rączce paczkę chrupek, zwinne zlizując tłuściutki sos wypływający z hotdoga trzymanego w paluszkach pulchnej rączki drugiej; tudzież, równie soczysta zapiekanka konkurowała z gofrem uginającym się od bitej śmietany… Pożywne, acz średnio strawne strawy. 

Co więc wynika z uzbieranych i wyselekcjonowanych letnich kontemplacji? Moich objawień nie zakłócił bowiem ani tupot białych mew, ani Monika, córka ratownika. Nie zakłóciły też obrazy, które tu opisałam, wręcz przeciwnie, zrozumiałam, że wakacje to taki czas, kiedy wystarczy być, nie ważne jak i w czym i z czym, ważne natomiast z kim i gdzie. To właśnie istota carpe wakacje, chociaż najczęściej nie z karpiem, a z dorszem, kerguleną czy inną jeszcze flądrą…

Izabela Dixon 

P.S.
A Carpe i dorsza ja zjem, ty zjesz, on/ona/ono zje i ty-je? I o bezludnym kawałku świata marzyć chcę…

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *