Od szeptu do krzyku – 10 odsłon z życia Artura Szuby

Artura poznałem wiele lat temu w radiowej „Trójce”. Właśnie zbierał materiały do książki o muzykach i zespołach rockowych z czasów Jarocina  pt. „Gdzie oni są?”. Nie byłem z nim umówiony, ale siłą rzeczy zrobił ze mną wywiad. To był jedyny raz kiedy widzieliśmy się „face to face”. Jakiś czas  potem zostaliśmy znajomymi na FB. Śledziłem jego poczynania i pomyślałem, że jest bardzo złożoną i ciekawą postacią. Tym razem to ja zrobiłem z nim wywiad.

PR-owiec

Zalatuje bezdusznym korpo człekiem od mącenia ludziom w głowie (śmiech).

Pracowałem na takim etacie w firmie, która organizuje w Warszawie targi. W gruncie rzeczy nic strasznego i w sumie wiąże się z mymi zamiłowaniami i dotychczasową pracą. Ot, człowiek od publicznych relacji z angielska Public Relations – PR.
Poza tym odpowiadam w swych muzycznych projektach także za promocję, co ściśle wiąże się przecież z PR-em. Zatem jak tylko potrafię, dbam o wizerunek swoich zespołów i rodzinnej firmy. I nie jest to złe zajęcie!

Autor, wydawca

Jestem współautorem książki „Gdzie oni są? Czyli wspomnienia fanów rocka lat 80.” Wspólnie z byłą żoną Katarzyną Andrzejewską spisaliśmy swego czasu blisko setkę zwierzeń w powyższym temacie, począwszy od własnych znajomych, po gwiazdy krajowej sceny. Subiektywny, ale pozwalający przybliżyć epokę obraz tego, co się wtedy u nas działo. Na potrzeby tego projektu powstał zespół iNNi, który miał jednorazowo wystąpić promocyjnie w warszawskim klubie Park, a działa już (z przerwami) ponad 10 lat i dorobił się trzech płyt.Gdzie oni są? Czyli wspomnienia fanów rocka lat 80.

Przez lata prowadziłem w Choszcznie wydawnictwo. Publikowałem tomiki poetyckie i różniaste regionalia, w tym te dotyczące historii mojej małej ojczyzny. Autorem tych książek jest dr Grzegorz Brzustowicz, obecny dyrektor Zespołu Szkół nr 1 w Choszcznie.

Wydawałem też lokalny miesięcznik „Kurier Choszczeński” i nieregularnik kulturalny pt. „Przekaz”. Ponadto współpracowałem z różnymi portalami muzycznymi, a w Warszawie z dzielnicowymi gazetami, ale to już jako grafik przygotowujący zdjęcia i reklamy do druku.

Dopóki nie wylądowałem w Warszawie, pracowałem też jako lokalny dziennikarz na rzecz naszej prywatnej gazety. Długo współpracowałem z dziennikiem „Kurier Szczeciński”. Bardzo lubiłem tę pracę, życie jednak zmusiło mnie do radykalnych zmian, a ja się ich podjąłem. Coś straciłem, coś zyskałem. Każde doświadczenie jest ważne, a mnie cieszy fakt, że moje dawne koleżanki i koledzy, mimo że minęła blisko dekada, nadal widzą mnie w swoim składzie.

Animator kultury

Społecznikostwo odziedziczyłem pewnie w genach po Mamie. Moja dzielna rodzicielka do dziś jest niespokojnym duchem, prowadzi naszą rodzinną firmę i kobiece stowarzyszenie „Kobieta 2000”, które organizuje, m.in. bardzo wzruszający festiwal „Scena Bez Barier”.

Od zawsze robię wszystko, by w swych działaniach wciągać do współpracy innych. Czy organizuję koncert, wystawę lub nagrywamy teledysk, towarzyszy mi mniejsza lub większa armia ludzi. Ogromnie to cenię.

Kultura i sztuka jest niezwykle dla mnie ważna, bo to ona uwrażliwia na otaczający nas świat, na drugiego człowieka, na nas samych. A przecież trzeba choć troszkę lubić siebie, by kochać innych.

Literatura, muzyka, filmy, obrazy, rzeźby… Możecie wyobrazić sobie naszą codzienność bez nich??? Ja NIE. I nie są to frazesy, bo to nie wojna czy pieniądze, ale sztuka właśnie czyni nas ludzkimi. Warto swymi pasjami zarażać innych, wciągać do współpracy, budować. Warto lubić ludzi.

Muzyk, wokalista, kompozytor

Szumnie powiedziane! No, ale tak, m.in. tym się przecież zajmuję. Za śpiewanie wziąłem się jako nastolatek, bo byłem za leniwy, by nauczyć się dobrze gry na jakimkolwiek instrumencie. Jak to zwykle bywa, w pierwszym zespole (nazywał się Playfayt i do dziś za cholerę nie wiem co to znaczy), nikt za bardzo nie potrafi grać, więc różne przypadały role. Początkowo uczyłem się grać na basie, ale szybko odpadłem, bo paluchy za bardzo bolały (śmiech). Leń patentowany, jak już rzekłem. Potem liznąłem trochę klawiatury i gitary. Dziewczyny, ogniska i piosenki z repertuaru Starego Dobrego Małżeństwa (śmiech) „Z nim będziesz szczęśliwsza…” itd.

Z czasem powstały już te poważniejsze zespoły (Marians, Światło i Cień), pierwsze studyjne nagrania, a było to na przełomie lat 80. i 90.

Moje piosenki rodzą się najczęściej wraz z tekstem, przy akompaniamencie gitary lub syntezatora. Pomijam finalne aranżacje, ale bym mógł oddać cokolwiek słuchaczom, te pierwsze surowe riffy pomagają mi ogarnąć koledzy z zespołu. Zawsze jest to dobra i twórcza współpraca, a ja skłonny do kompromisów (śmiech).

Poeta

Poezja to dla mnie forma autooczyszczania, spowiedzi, czy też wykrzyczenia tego, co gdzieś człeka uwiera. Różnie z tymi tekstami bywa, większość prędzej czy później ląduje w koszu, częścią dzielę się jednak z bliźnimi, czy to w postaci wierszy, czy tekstów piosenek mych zespołów.

Szepty i Krzyki

Szepty i Krzyki, fot. Patrycja Kotecka

Podobnie jak z muzyką, pierwsze poetyckie przemyślenia zacząłem popełniać jako nastolatek. Na początku tradycyjnie do szuflady, a z czasem zacząłem dzielić się nimi z innymi. Popełniłem kilka tomików, ale po czasie stwierdzam, że w większości przeznaczyłbym je raczej na makulaturę. Niestety, bywam zbyt impulsywny, niecierpliwy… Zamiast odłożyć tę poetycką materię na jakiś czas na bok, by dojrzała, okrzepła, od razu ją w książeczki zamykałem. Z drugiej strony, to też jakiś zapis chwili. Pamiątka…

Muszę też przyznać, że nie potrafię pisać dla innych, w sensie na zamówienie. Nawet jeśli na czyjąś prośbę próbuję, niewiele dobrego z tego wychodzi (śmiech).

W moim rodzinnym miasteczku – Choszcznie – organizowałem ogólnopolski konkurs poetycki „Szuflada”. Początkowo niezależnie, potem przy współpracy Choszczeńskiego Domu Kultury.

Dbam o to, by w kolejnych płytach stawiać nacisk na edytorską formę albumów, ale także ich pozamuzyczną zawartość. Dlatego towarzyszą im fotografie i poetyckie dodatki. Tak się dzieje w mej warszawskiej formacji, czyli zespole Szepty i Krzyki.

Mąż

Niestety, średnio udaje mi się szczęśliwie układać życie rodzinne. Mam za sobą dwa małżeństwa i oba zakończone porażką. Nikogo nie winię, najwyraźniej nie nadaję się na męża (śmiech). Z byłymi żonami utrzymuje przyjacielskie stosunki. Łączą nas nie tylko dzieci, ale nadal wiele wspólnych działań i to jest dobre i ważne. Wszystkim kobietom mojego życia życzę szczęścia i ułożenia własnych spraw z ich oczekiwaniami.

Tata

Jestem dumnym ojcem dwojga dzieci. Córka kończy właśnie studia, a synaszek dzielnie zmaga się ze szkolną materią w piątej klasie podstawówki. Różne charaktery, inne temperamenty, ale to wspaniałe dzieciaki i kocham je ogromnie. Oboje lubią muzykę, co mnie oczywiście raduje wielce. Weronika kocha książki, ale ciągnie ją bardzo do estrady, marzy jej się agencja koncertowa, a ja jej oczywiście kibicuję. Choć czasami, jako ten jednak bardziej w tej dziedzinie doświadczony, muszę ją sprowadzać na ziemię. Maksym natomiast to mały czorcik, który upodobał sobie komputer, ale daje też czadu na rowerze, a od kilku miesięcy postanowił zgłębić niełatwą sztukę gry na gitarze. Nie wyobrażam sobie życia bez nich.

Zatruwacz powietrza

Zdaję sobie sprawę, że bywam trudnym człowiekiem. Mimo swej otwartości, potrafię się zaciąć, być uparty czy nietolerancyjny. No nie potrafię być wyrozumiały, np. dla disco polo. Rozumiem, że muzyka lekka i taneczna jest nam potrzebna do zabawy i super, bawmy się przy niej w tancbudach, ale kontemplacja tejże w domach, autach, szkołach, burzy moją estetykę maksymalnie. Dostaję dreszczy. Jeszcze gorzej w temacie polityki. Śledzę ją i żywo reaguję. Mam liberalne bardzo podejście do żywota naszego powszedniego, cieszę się z naszego członkostwa w Unii Europejskiej i przeraża mnie to, co z nami wyrabia aktualna ekipa rządząca, a jeszcze bardziej coraz bardziej panoszące się faszyzujące organizacje wszelakie. Z daleka trzymam się też od religii, co też wielu płoszy w bliższych ze mną relacjach. Uwielbiam jednak naukowy postęp i nie potrafię być hipokrytą.

Poza tym, jak w przypadku każdego z nas, najzwyczajniej w świecie, jedni lubią, inni najchętniej utopiliby nas w łyżce.
Jest też taka kategoria ludzi w naszym społeczeństwie i mówię to z ogromną przykrością, której szczególnie doskwiera sukces czy szczęście sąsiada. Taki człowieczek, jeden z drugim, robi wiele, by sprawić, by ten szczęśliwiec wylądował raczej na dnie, niż równać w górę i cieszyć podobnymi sukcesami. Taka postawa rujnuje nas i nasz kraj. Zakompleksieni, mali, egoistyczni… Wtedy można realnie poczuć, że dla kogoś jesteśmy zbędnym elementem, „zatruwaczem powietrza” właśnie. Niezwykle trudno walczyć z taką postawą, ale przekornie warto pokazywać, że można inaczej, że można pod prąd. Dawać przykład i zarażać szczęściem.

Fan Republiki i Grzegorza Ciechowskiego

Republika jest szczególnie ważnym dla mnie zespołem, choć oczywiście z czasem poznałem i pokochałem milion innych formacji. Wychowywałem się w małym miasteczku, gdzie o alternatywną muzykę było szczególnie trudno, kiedy więc w radiowej „Trójce” po raz pierwszy usłyszałem toruńską grupę, w mojej gówniarskiej głowie baaaardzo wiele się zmieniło. Grzegorz Ciechowski wpłynął nie tylko na moje muzyczne postrzeganie świata, ale także – jak na wielu innych moich rówieśników – na to, co czytaliśmy, jak się ubieraliśmy, itp. itd. Zamiłowanie do czarnych wdzianek kultywuję od tamtych czasów (śmiech). Dzięki Republice zacząłem pisać wiersze i zakładać własne zespoły muzyczne. Wraz z kolegami – Władkiem Szlachtowiczem i Tomkiem Kancelarczykiem – prowadziliśmy w Choszcznie fanklub „Klatka”. Fajne, beztroskie czasy.

Do dziś jeżdżę na wszelkie wydarzenia „republikańskie”, takie jak coroczny zlot fanów w Toruniu, czyli tzw. Dzień Białej Flagi. Kultywuję znajomości, które dzięki Republice nawiązałem w latach 80., poznaję nowych ludzi. Niesamowity jest fakt, że mimo śmierci Grzegorza, to nadal się kręci, nie tylko trwa, ale rozwija! Oczywiście zdarzają się animozje, ale ostatecznie wygrywa i łączy muzyka.

Kilka razy sięgnąłem ze swymi zespołami po twórczość RepublikiGC, nagrywając własne interpretacje, ale także skomponowaliśmy własną muzykę do wierszy Grzegorza, np. „Msza niedzielna”, która znalazła się na pierwszej płycie iNNych.

iNNi, fot. Dominika Żuchowska

iNNi, fot. Dominika Żuchowska

Ponadto…

Kilka miesięcy temu znalazłem się na poważnym zakręcie. Zdiagnozowano u mnie chorobę nowotworową. Nie muszę przekonywać, jakiego szoku doznałem. Wyrok, wizja rychłego końca, a potem zmagania z bezduszną machiną biurokracji. W końcu kolejne badania, pierwsze zabiegi radioterapii i kolejny szok, bo okazało się, że nie można znaleźć głównego źródła choroby. W związku z tym lek, który mógłby mi najbardziej pomóc (pomijając chemioterapię), nie jest refundowany. Miesięczny koszt takiej kuracji, to ok. 20 tys. zł, a potrwa ona minimum kilka miesięcy. Suma dla mnie niebotyczna, a pierwsza dawka „chemii” druzgocąca zupełnie. Poczułem się wdeptany w ziemię, dosłownie. Myślałem, że nie dam rady. Na szczęście byłem i jestem pod opieką rodziców i najbliższej rodziny, a w świat poszedł przekaz, że Szuba potrzebuje pomocy. Ruszyła lawina. Cały ogrom mego koleżeństwa wziął sprawy w swoje ręce i spontanicznie zaczął organizować aukcje, koncerty itp. itd. Ledwie mogłem patrzeć, ale zaglądałem w monitor i przecierałem oczy ze zdziwienia, co też wyrabiają moi bliżsi i dalsi przyjaciele. Ogromnie mnie to wzrusza i permanentnie płaczę, ale to daje mi realną siłę i poczucie, że nie jestem sam, że nie zwariowałem, że dzięki tym wszystkim ludziom mogę się skutecznie leczyć. W kilka dni zebrano dla mnie na miesięczną kurację, która właśnie jest wdrażana. Jestem ogromnie wdzięczny i już dawno zabrakło mi słów, by wyrazić to, co we mnie się dzieje, by wyartykułować te wszystkie kłębiące się emocje. Zarówno psychicznie, jak i fizycznie upadłem, ale ilekroć brakuje mi sił, by się podnieść, myślę o swych dzieciach, rodzinie i przyjaciołach, którzy na co dzień nie pozwalają mi bezmyślnie leżeć i czekać na ostateczność. Dla nich warto podejmować tę walkę i żyć!

Co prawda stałem się takim troszkę „onkologicznym celebrytą”, ale pomyślałem sobie „dlaczego nie?”. Mnie pomaga rodzina i przyjaciele, dając realną szansę na podjęcie i kontynuowanie zbawczego leczenia. Są jednak tacy, którzy nie mogą liczyć na żadną pomoc, tacy którzy umrą, zanim dotrą do końca kolejki w jakimś szpitalu. Może mój przykład pomoże zawalczyć o rozumniejsze refundowanie stosownych leków. Może zwrócę uwagę urzędników, że każdy z chorych zasługuje na lek, który może mu pomóc, bez względu na cenę, bo życie jest bezcenne. Apeluję też przy okazji, dbajcie o siebie, choć się nie chce, zróbcie od czasu do czasu podstawowe badania. Nie lekceważcie żadnych symptomów. Kochajcie. Żyjcie!

Zbyszek Bieniak

Zbieramy na leczenie Artura Szuby

Linki Facebook:

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *