Polskie Kresy: Jedź, co się może stać?

Jest sobota, któraś w lecie,
a więc Kopcik, mądra głowa,
błąka się po całym świecie,
aby dojść do Pacanowa.
Właśnie nową zaczął podróż,
by ją skończyć w… Zambrowie,
a co przeżył i co widział,
tekst ten wszystko wam opowie.

 Poważnie pierwszy przystanek był w Pacanowie. To znaczy pierwszy był gdzieś w barze, bo tak to już jest, jak wyjdę z domu. Do baru na pierogi oczywiście! Ale potem był już Pacanów. I tu już pierwsze rozczarowanie, bo kowala nie było ani jednego. Był za to drewniany Koziołek w środku parku, cała rodzina Matołków na płocie, koziołki na ratuszu, na muralu i jeszcze taki ułożony z kwiatów. Tyle koziołków i żaden nie był podkuty! Wszystkie w butach. Rozczarowanie, jak wtedy, kiedy dotarło do mnie, że Bolek i Lolek, to tak naprawdę Bolesław i Karol. Albo, że Smerfy tak naprawdę mogły wyjść z klatki Gargamela, bo zmieściłyby się między kratami. Albo, że Ivan i Delfin, to tak naprawdę trzy osoby. Albo… wystarczy.

Następny przystanek to Sandomierz. Miasto znane z policjantów, którzy głównie grają w szachy z księdzem, a jak mają problem, to też idą z nim pograć w szachy, ale i przy okazji pogadać. No i z księdza, który jest na tyle sprytny, że mu się sutanna nie wkręca w szprychy. Poza tym mają całkiem ładny rynek, z mnóstwem straganów z sandomierskimi krówkami, miodem i nalewkami, klasztor dominikanów z ekstra kryptą i stosunkowo małe opłaty za parking. Po kupieniu pocztówki i upewnieniu się, że miasto choć ładne, to nieco przereklamowane, odjechałam w stronę walącego prosto w oczy słońca.

Daleko nie zajechałam, bo tylko do Gór Pieprzowych, skąd rozciąga się świetny widok na Wisłę i fragment Sandomierza. Potem było tylko fajniej. Jeżdżenie z nawigacją nastawioną na „trasę krótką” zawsze jest zabawne. A jeśli na pytanie „Serio mam tu jechać?” odpowiesz: „No dawaj, co się może stać?”, wtedy jest jeszcze zabawniej. I tak droga do Lublina wiodła przez a) drogę piaszczystą, b) drogę leśną, c) drogę leśną porośniętą z obu stron wielkimi akacjami zamieszkanymi przez 759 wielkich rodzin komarów-mutantów, d) środek pola. Przy wyjeździe minęła nas srebrna osobówka. Po chwili auto wycofało, zatrzymało się, a znad opadającej szyby wychylił się mężczyzna w średnim wieku, o wzroku dość niepewnym. „Tą drogą się gdzieś dojedzie?” – spytał. „Dojedzie się, ale zawróć” – odpowiedzieliśmy chóralnie. Jedno istnienie uratowane. 1:1, drogie komary. Dzień zakończyliśmy w lubelskiej, żydowskiej restauracji Mandragora. Podobno serwują tam świetną kaczkę – nie wiem, bo kaczki wolę jednak głaskać niż spożywać. Ja dostałam talerz z jedną z niewielu wegeopcji. I mimo tego, że to była trzecia porcja pierogów ruskich tego dnia, to nadal uważam, że 10/10.

Początek kolejnego dnia to Szczebrzeszyn. To była jeszcze szybsza wizyta niż w Pacanowie, bo chrząszcz na rynku był tylko jeden. Co prawda była tam też synagoga (i cztery chrabąszcze obok!) i kilka innych rzeczy, ale kto by tam jechał po coś innego, niż żeby zobaczyć chrząszcza ze skrzypcami, nie? Pozostając w zoologicznym temacie, drugi przystanek wypadł w Zwierzyńcu. Stamtąd można ruszyć na krótką wycieczkę do stawów Echo i szybko załapać klimat Roztoczańskiego Parku Narodowego. Przy wejściu na ścieżkę znajdują się przytuliska Krasnali. Obiecuję, że to najbardziej urocza rzecz, jaką zobaczycie w najbliższym czasie. Warto też odwiedzić kościołek na wodzie i rozległy park, przecięty kanałem, w którym pływają taaaakie ryby.

Stamtąd już niedaleko było do Zamościa. Najpierw demokratyczną siłą większości zostałam zaprowadzona do kościoła. Trochę pachniało siarką i skóra już nieco piekła, ale wszyscy przeżyli. Po zrobieniu zdjęcia, wysłuchaniu komentarzy, że „raz poszła do kościoła i musi uwiecznić na zdjęciach”, mogliśmy ruszyć dalej. A kościół św. Michała Archanioła po prostu ładny był. Zamojski rynek już wcale nie jest przereklamowany. Choć mi, jak na prawdziwego wychowanka śląskiego smutnego miasta przystało, najbardziej podobały się podwórka. Rozległe, klimatyczne, z mnóstwem zaułków.

Ostatnim punktem tego dnia miał być Hrubieszów. Po odwiedzeniu dwóch sklepów i spędzeniu w nich łącznie może 8 minut doszłam do wniosku, że są jednak w Polsce groźniejsze miasteczka niż Zawiercie i Paczków. Ale i tak warto tam zawinąć, żeby zobaczyć imponującą cerkiew. Kiedy patrzyłam na lśniące kopułki, w jednym momencie nad świątynią przeleciało z tysiąc czarnych ptaków. Skrzypek w mojej głowie zaczął grać mroczną melodię. Niebo pociemniało. No horror. Po drodze trafiliśmy jeszcze do Chełma. Z Góry Zamkowej, na której stoi klasztor, nawet Chełm wyglądał ładnie. W nocy.

W Lublinie już mam swoje ulubione miejsce. Nazywa się tak, jak to, co cenie sobie najbardziej – Święty Spokój. Mają dużo płyt, dużo książek i gadatliwego właściciela. Z pamiątkami w postaci trzech płyt zwiedzało mi się miasto trochę jakby przyjemniej. Stare Miasto ma swój klimat, choć dziwią nieco obdrapane, nieremontowane kamieniczki. Potem były pola i wioski z drewnianymi domkami. Zatrzymaliśmy się dopiero w Starym Załuczu, gdzie rozpoczynał się szlak nad Jezioro Łukie. Na jednej z drewnianych kładek spotkaliśmy kota, który chwilowo stał się naszym przewodnikiem. Co chwile odwracał się, żeby zobaczyć, czy idziemy za nim. „Idź za nim, idź. To pewnie zaklęty książę” – słyszałam głosy z tyłu. W którymś momencie książę skręcił w las i tak skończyła się historia mojej miłości. Tego dnia było jeszcze: „Kszt, kszt, dziś na Bugu we Włodawie…”. Tego dnia na Bugu we Włodawie nie wiem, jaki był poziom wody, za to w rzece oddzielającej Polskę od Białorusi odbijał się cudowny zachód słońca.

To jeszcze nie był koniec wycieczki, ale wieczór nad Bugiem nadaje się na dobre zakończenie pierwszej opowieści. Jeszcze do tego wrócimy.

Oliwia Kopcik

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.