Podlasie: „Dwa żubry i spokój”

Westchnął cicho nasz Kopciczek
i znów poszedł biedaczysko
po szerokim szukać świecie
tego, co jest bardzo blisko.

Po ładnym zachodzie słońca nad Bugiem we Włodawie ruszyliśmy dalej. W głośnikach Litza śpiewał, że „jedziemy w górę mapy”. No i jechaliśmy w górę i w górę, szlakiem cerkwi. Co prawda gdyby chcieć zobaczyć wszystkie świątynie w okolicy, szlak miałby tyle zakrętów, co droga do domu w sobotnią noc. Albo i ze cztery więcej.

Najpierw były Sławatycze, potem Kobylany, gdzie znaleźliśmy cerkiew, ale też fragment Twierdzy Brzeskiej. Prochownia w Kobylanach po II wojnie światowej została zaadaptowana na kwaszarnię ogórków, a niedawno przerobiono ją na muzeum i otwarto dla zwiedzających. Później przecięliśmy drogę na Brześć, po której Grabaż jechał przez urojone miasta i dzielnice polarne… U nas były pola, średniej jakości drogi i dość długa dyskusja, czy „to coś” haniebnie zrabowane z pola przez moich towarzyszy to arbuz czy jednak dynia. Jak się okazało, panie przedszkolanki i trzy miesiące pracy na szwedzkim gospodarstwie nauczyły mnie całkiem sprawnie rozróżniać warzywa.

Gdzieś w momencie, gdy proponowałam zakład, że najprędzej zrobią z tego zupę krem, dotarliśmy do Pratulina. Przy mijaniu tabliczki z nazwą miejscowości moja skóra znowu trochę zapachniała siarką. Szybko wyjaśniło się dlaczego, bo Pratulin to taki lubelski Licheń. Była droga krzyżowa z pięknie zdobionymi stacjami, dom pielgrzyma i bardzo przytulny, drewniany kościół, na miejscu, gdzie kiedyś stała cerkiew, rozebrana w sposób dość brutalny przez carskie władze.

Następny przystanek był w Janowie Podlaskim. Szejków nie spotkaliśmy, na sam teren ośrodka nas nie wpuścili, ale za to pan karmiący konie na pytanie „Czy można?”, odpowiedział: „No… nie wiem”. Zabrzmiało trochę jak zgoda, więc przez chwilę mu potowarzyszyliśmy. Był nawet biały jednorożec! Tylko nie miał rogu. Ale wyszło na to, że życzenia i tak spełnia.

Granicę województw lubelskiego i podlaskiego próbowaliśmy przekroczyć promem na przeprawie Niemirów-Gnojno. Na miejscu zamiast promu zastaliśmy kąpiącą się krowę i ładny widok na rzekę. W sumie na dobre wyszło, bo niedaleko znaleźliśmy piękne miejsce widokowe, z którego można obejrzeć zakole Bugu. A przeprawa udała się kilka kilometrów dalej.

Później ruszyliśmy na poszukiwanie góry Grabarka. Znaleźliśmy las. Las krzyży. Dla tych, którzy już zadali sobie w głowie TO pytanie – akurat ten las krzyży jest bardzo potrzebny. Kolejne symbole męczeństwa przynoszą na górę pielgrzymi. Duże, małe, niepozorne drewniane, kolorowe, katolickie i prawosławne. Cały zbiór robi wrażenie, choć nie chciałabym tam trafić nocą. Dzień zakończyliśmy w Drohiczynie, z kolejnym cudnym widokiem na zachód słońca. Gdy zaczęło się już ściemniać, ruszyliśmy jeszcze na wybadanie okolicy. Znaleźliśmy schron bojowy (weszłam tam) i katakumby przy nieczynnym już kościele. Prawdopodobnie ktoś zapomniał zamknąć drzwi, bo na początku nie świeciło się tam nawet światło, ale tak, tam też weszłam. No i jak widać, jeszcze żyje, choć przy takich decyzjach, to nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa.

Następnego dnia po drodze też zahaczyliśmy o sporo cerkwi. Drewnianą w Milejczycach, zwieńczoną niebieskimi kopułkami w Kleszczelach i całą niebieską w Dubiczach Cerkiewnych. W Hajnówce spotkaliśmy pierwszego żubra! Który został zresztą przeze mnie ujarzmiony i czule pogłaskany. Po drodze do żubrów, już tych prawdziwych, trafiliśmy jeszcze do skansenu niedaleko wsi Budy. Nooo… „Wsi spokojna, wsi wesoła! Który głos twej chwale zdoła?”. Niedaleko Rezerwatu Pokazowego Żubrów przespacerowaliśmy się szlakiem Żebra Żubra, a potem do Miejsca Mocy w Puszczy Białowieskiej. Ze mną moc jest zawsze, więc różnicy dużej nie było czuć, ale grosza spełniającego życzenie zostawiłam.

Do zachodów słońca mieliśmy na tym wyjeździe szczęście. Kolejny oglądałam z grzbietu drugiego już poskromionego przeze mnie żubra. Stał przed Dworkiem Gubernatora w Białowieży. Całkiem był okazały. I żubr, i dworek. Na koniec, chyba już żeby tradycji stało się zadość, obejrzeliśmy jeszcze cerkiew. Tak na dobranoc.

Przedostatni dzień wycieczki poświęciliśmy na Białystok. Ja wiem, że wszyscy się śmieją, że disco polo, że biegun polarny. Ale naprawdę tam ładnie. Pierwsze dobre wrażenie robi Pałac Branickich, nazywany nawet „Polskim Wersalem”. Drugie dobre wrażenie to białostocka Archikatedra. Ale i tak to, co zainteresowało mnie najbardziej to szlak murali. Idąc Rynkiem Kościuszki, napotkaliśmy pewnego mosiężnego młodzieńca. Na imię mu było Ludwik. Po latach był znany jako twórca języka esperanto. Jeden z robiących wrażenie murali był właśnie w miejscu, w którym kiedyś stał jego dom. Świetne miejsce do powłóczenia się, bo znaleźć tam można prawdziwe cuda. Ale wracając do Kościuszki, którego Rynek przechodzi dalej w ulicę Lipową. Zwieńczeniem deptaka jest Bazylika Mniejsza św. Rocha, która wygląda trochę, jakby była zrobiona z plastiku. Patrząc na kolejny kościół, pomyślałam sobie tylko, że to już niedługo, kiedy powiem sobie dość…

Czym prędzej wróciłam na szlak murali. Ktoś, kto wymyślił graffiti z dziewczynką podlewającą prawdziwe, żywe drzewo, na stałe dołączył do mojego prywatnego grona geniuszy. W rankingu przegrał tylko z gościem, który wymyślił sos tatarski i z tym od wynalezienia termoforu. Przy wyjeździe z Białegostoku, jako dziennikarz muzyczny z krwi i kości, nie mogłam pominąć wielkiego muralu z postacią naszego Króla Disco Polo. „Ja potrzebuję twojej, ty mojej pary rąk”, panie Martyniuk.

Supraśl miał być tylko przystankiem na szybką kawę, a stał się jednym z najlepszych punktów całego tygodnia. Miasto może nie jest jakieś imponujące, ale restauracja Zajma – no to już tak! Pierwszy raz szkoda mi było zjeść obiad, bo tak ładnie wyglądał. Pierwszy raz jadłam kwiatki. Knajpę prowadzi pani po ASP, która przy okazji zna się na zielarstwie i gotowaniu. Nie ma lepszego połączenia. I choćby jechać pół Polski, żeby zjeść obiad w Supraślu… Jechałabym.

Potem dotarliśmy do krainy jezior. Niestety tylko przejazdem. Tutaj nie będę się wymądrzać, bo tam trzeba zawitać na dużo, dużo dłużej. Na razie wiem, że warto wejść na Górę Zamkową przy jeziorze Szurpiły i wpaść na obiad do pana Henryka niedaleko jeziora Hańcza. Dość łatwo ten bar znaleźć, bo to chyba jedyna knajpa w promieniu jakichś 100 kilometrów. Warto też zatrzymać się przy moście w Stańczykach i poczuć się, jak w… no nie wiem gdzie, ale na pewno jak nie w Polsce. I jeszcze przeprawić się przez pole kukurydzy, żeby wejść na Cisową Górę. Kto nigdy nie chciał przejść kukurydzianym tunelem, niech pierwszy rzuci we mnie kolbą. I tak nie uwierzę. Zwieńczeniem całego wypadu był spacer kładką, gdzieś pomiędzy łąkami Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Byliśmy jeszcze na trójstyku granic: polsko-rosyjsko-litewskiej. Ale 47 tabliczek mówiło, że nie można robić zdjęć terytorium Rosji. W sensie tego kawałka płotu i czterech drzew, które tam widać. Nie wiem, czy w ogóle można o tym głośno mówić. Więc o tym cicho sza!

Mamy nowe wiadomości
I składamy je w swej teczce,
A kiedyś je opiszemy
W ślicznej (być może) książeczce.

Oliwia Kopcik

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.