Wywiad z Danielem Gildenlöw

Marzenia polskich fanów rocka progresywnego w końcu się spełniły – potężny Transatlantic wpłynął do Polski. Podczas trasy „The Whirlwind” zespół odwiedził Poznań gdzie nieliczna, lecz niezwykle entuzjastyczna publiczność zgotowała im gorące powitanie. Nic dziwnego, bo od nagrania płyty „Bridge Across Forever” grupa milczała przez dziewięć ostatnich lat. Podstawowemu składowi zespołu złożonemu z czterech wybitnych postaci świata muzyki: Neal Morse (ex Spock’s Beard), Mike Portnoy (Dream Theater), Roine Stolt (The Flower Kings) and Pete Trewavas (Marillion) towarzyszył na trasie Daniel Gildenlöw, lider szwedzkiego Pain of Salvation. Korzystając ze szczęścia, zdołałam zadać mu kilka pytań dotyczących współpracy z Transatlantic i jego własnego zespołu.

W jaki sposób trafiłeś do Transatlantic?

DG: To było w 2001 podczas ich trasy. Szukali wtedy kogoś, kto potrafi grać na wielu instrumentach, śpiewać nisko i wysoko oraz zdolnego do opanowania sporego materiału muzycznego w krótkim czasie. Zdaje się, że Mike i Roine usłyszeli parę razy z różnych źródeł moje nazwisko i w efekcie Roine skontaktował się ze mną. Zapytał, czy nie zechciałbym wziąć udziału w trasie i pomóc im zagrać to, co umieścili na płycie, a do czego nie mieli wystarczającej ilości rąk by odtworzyć na scenie. I to cała historia. Wygląda na to, że się sprawdziłem skoro znów mnie o to poprosili.

Czy miałeś jakieś zastrzeżenia albo wątpliwości dołączając do Transatlantic?

DG: Prog rock nie jest gatunkiem, którego zwykle słucham – gdy w 2001 roku pierwszy raz zetknąłem się z ich płytą, usłyszałem trzydziestominutowe numery. Zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy na nic nie mam czasu, zawsze jestem w trakcie robienia czegoś innego. Wiem dobrze, że nie będę mieć czasu by przysiąść nad czymkolwiek tyle, ile by to wymagało. Podczas pierwszej trasy miałem więc rzeczywiście sporo wątpliwości.

Tym razem jednak bardzo chciałem z nimi zagrać, ale właśnie braliśmy udział z Pain of Salvation w konkursie muzycznym w Szwecji [Melodifestivalen] i przechodziliśmy niezwykle gorący okres. Kończyliśmy nagrywanie nowej płyty. Biorąc więc pod uwagę czas, był to bardzo niewygodny dla mnie moment, ale wciąż chcę to robić. Świetnie się czuję w ich towarzystwie.

Transatlantic, foto Robert Grablewski

Do jakiego stopnia masz wpływ na Transatlantic podczas koncertów?

DG: Sam nie wiem… [zastanawia się]. Tak naprawdę nigdy się nie starałem używać tu swoich wpływów. W Pain of Salvation jestem motorem, odpowiadam za wszystko. Tworzę muzykę, jestem zaangażowany w każdy najdrobniejszy detal, więc to, że znalazłem się po drugiej stronie w charakterze jedynie muzyka jest dla mnie czymś ciekawym i odświeżającym. Być może za tydzień lub dwa będę tak sfrustrowany, że poproszę ich o trochę wolności [śmiech]. Tak naprawdę mówią mi czego potrzebują, ale w międzyczasie mogę odkrywać wolne przestrzenie na własną rękę.

Nie brałeś udziału w nagrywaniu płyty „The Whirlwind”, jak więc czujesz się w repertuarze Transatlantic?

DG: Oczywiście byłoby prościej, gdybym był obecny przy powstawaniu płyty. Wchodząc na gotowe masz inny ogląd na sprawę. Myślę, że podobna sytuacja ma miejsce wszędzie, nie tylko w muzyce. Jedną sprawą jest, gdy stanowisz część całego procesu. Widzisz jak coś powstaje krok po kroku, a wtedy z mentalnego punktu widzenia wszystko ma sens. Jednak kiedy włączasz się w projekt, oczekuje się po tobie znajomości całej otoczki. Wszystko staje się zamazane i trudne do zapamiętania – nie wyczuwasz instynktownie która sekcja prowadzi do której, itd. Jest to więc i dobre i złe. Ciekawie jest zagłębić się w coś bardzo dla ciebie odległego. Jeśli zatem chciałbym odnaleźć coś zupełnie innego od tego, co robię z Pain of Salvation, takie doświadczenie otwiera nowe perspektywy. W Pain of Salvation jestem częścią procesu tworzenia, więc czymś nowym jest dla mnie zapoznawanie się z materiałem od zewnątrz i mozolne lecz skuteczne przekopywanie się przez niego.

Transatlantic jesteście pięcioma dużymi indywidualnościami. Jak się ze sobą dogadujecie?

DG: Wszystko idzie naprawdę świetnie. Każdy z nas jest zrelaksowany i myślę, że cieszymy się naszym towarzystwem. Z jednej strony bardzo się od siebie różnimy. Reprezentujemy różne kierunki w muzyce, mamy różne temperamenty, pochodzimy z odmiennych kulturalnie i  społecznie środowisk. W kwestii muzyki mamy jednak wiele wspólnego i z założenia jesteśmy wyluzowani. Każdy z nas pracuje na swój sposób, ale ostatecznie stanowimy dobrą kombinację.

W 2001 roku towarzyszyłeś Transatlantic podczas europejskiej trasy. Tym Daniel Gildenlöw, foto Robert Grablewskirazem bierzesz udział  zarówno w trasie europejskiej jak i amerykańskiej. Czy widzisz jakąś różnicę w publiczności na tych dwóch kontynentach?

DG: Trudno powiedzieć, bo  do tej pory zagraliśmy dopiero dwa koncerty w Europie. Mam wrażenie, że publiczność amerykańska jest z gatunku tych stojących i słuchających. Z kolei ta w Europie ma w sobie więcej pasji. Z Pain of Salvation przywykłem do bardziej zróżnicowanej i żywiołowej publiki, więc tutaj staram się przyzwyczaić do tego, że ludzie po prostu stoją i słuchają. Właśnie taka publiczność przychodziła z początku na  koncerty Pain of Salvation. Mieliśmy wielu fanów prog metalu i prog rocka. Zwykle stali gdzieś z tyłu wyrażając swój szacunek przez uważne przysłuchiwanie się muzyce. Czasem ktoś zagrał w powietrzu na perkusji by pokazać, że wie kiedy jest rytm 4 na 7, a kiedy 4 na 4. Jednak wtedy nigdy nie dostawałem od nich żadnej energii zwrotnej. Lubię, kiedy ludzie angażują się emocjonalnie w muzykę gdy przychodzą na koncerty. Oczywiście chcę, żebyśmy byli równie zaangażowani na scenie. Myślę więc, że gdy na niej stoję, staram się z całych sił zaangażować emocjonalnie, dotrzeć do publiczności i sprawić, by się troszkę zapomnieli. Jest to jednak bardzo trudne zadanie.

Nagrywasz płyty, produkujesz je, piszesz teksty, uczestniczysz w innych projektach, grasz trasy, a ponad wszystko jesteś mężem i ojcem dwojga dzieci. Pomimo to wciąż masz chęć by poświęcić trochę swojego prywatnego czasu dzieląc się swoimi myślami na Facebook Twitter.

DG: To aż za dużo, prawda? [śmiech]

Przyznaję, że sporo i stąd właśnie moje pytanie: robisz to dla fanów, czy zwyczajnie dla zabawy?

DG: Gdy o tym myślę, widzę dwa aspekty. Jeden z nich to fakt, że dziś się tego od ciebie oczekuje. Być może nie w wypadku Transatlantic, który dotyczy innego rodzaju publiczności, ale ogromna część fanów Pain of Salvation oczekuje, że pojawię się na Facebook czy Twitter. Na Facebook powinieneś mieć swój zespół i każdy jego członek powinien mieć tam swój profil. Powinieneś także mieć  stronę swojego zespołu na Myspace, tak samo jak wszyscy w zespole. Równocześnie powinieneś prowadzić pięć albo i dziesięć blogów i odpowiadać na maile – niezależnie od tego, czy dostajesz ich dziennie setki – musisz odpowiedzieć na wszystkie, bo inaczej będziesz dupkiem. Myślę więc, że częściowo wynika to z odpowiedzialności i poczucia, że nie mogę tego zaprzestać, muszę dalej to robić. Byłoby łatwiej gdybyśmy byli jednym z tych zespołów-produktów, których strony internetowe mogą prowadzić inni, ale dla Pain of Salvation, a w szczególności dla mnie, czyli osoby odpowiedzialnej za treść, nie jest możliwe, by ktoś mnie zastąpił. Ludzie zwracają się do mnie z ważnymi dla nich przemyśleniami i oczekują, że przeprowadzę ich przez te wszystkie głębokie i mające wpływ na ich życie pomysły. Byłaby to ogromna różnica, gdyby ktoś próbował mnie w tym naśladować.

Jest jednak i druga strona. Zauważyłem, że kiedy próbuję się od tego odciąć i skoncentrować na muzyce, tracę pewien bardzo ważny łącznik. Chodzi o to, że tam, gdzie mam kontakt z fanami i publicznością, tam ma miejsce wymiana energii. Jeśli nie widzę reakcji, staję się przygnębiony. Mam świadomość, że gdy coś stworzyłem, a nie widzę tego łącznika – odbiorcy – nie wiem, czy ludziom się to podoba, czy nie. To jak siedzenie w wygłuszonym pokoju, w którym coś robisz i nie masz pojęcia, czy tak naprawdę coś się dzieje. Podobnie jak w filmie „Lost” – naciskasz przycisk nie mając pewności co się później stanie. Z czasem to zaczyna być bardzo nużące. Z tej perspektywy zauważyłem, że potrzebuję tego połączenia i energii, która przepływa w obie strony. Niezależnie od tego czy mi się to podoba, czy nie. Irytuję się gdy ludzie mówią głupstwa. To mnie bardzo dotyka. Jestem bardzo wrażliwy na negatywne opinie, dlatego staram się nie czytać recenzji. Wszystko, co dostaje mniej niż 5 na 5 gwiazdek sprawia, że czuję się zawiedziony i niezrozumiany. [śmiech] Z mojego punktu widzenia nie jestem stworzony do tego biznesu, ale nie mam wyboru.

Daniel Gildenlöw, foto Lars ArdarvePomówmy o Twoim zespole, Pain of Salvation. W tym roku macie w planach wydać dwie płyty, „Road Salt One”„Road Salt Two”. Skąd pomysł na dwa albumy?

DG: I znowu, są rozmaite powody. [śmiech]

Jak zwykle?

DG: Tak, jak zwykle. Nie ma prostej odpowiedzi, przepraszam. [śmiech]

W porządku, opowiadaj. [śmiech]

DG: Jak zawsze, rozpoczęliśmy od pomysłu nagrania prostego albumu, tak jak było w przypadku „Scarsick”. „Nagrajmy płytę bazując na intuicji. Nie zagłębiajmy się w nią do tego stopnia, by nagrywanie zajęło nam trzy lata – to zawsze całkowicie mnie pochłania i w efekcie przygnębia. Po prostu nagrajmy płytę.” Ale jak tylko zaczynam, nie mogę nic na to poradzić, że angażuję się bez końca w to, co robię. Wtedy potrzebowaliśmy krążka na Progressive Nation Tour, które mieliśmy zagrać w Stanach razem z Dream Theater. Miałem dosłownie tony nagranego materiału, więc usiadłem nad nim by wyselekcjonować pojedynczy album, lecz gdy tak siedziałem, nagle pomyślałem: „ten materiał stanowi całość – opowiada tę samą historią. Ma wspólny mianownik – tej chwili nie potrafię go znaleźć, ale tu z pewnością jest bardzo ważny wspólny mianownik”. Wtedy jednak byłem w tym już zbyt głęboko, by umieć podzielić utwory. Zatem aby nagrać płytę i w ogóle mieć szansę, by była gotowa na Progressive Nation Tour, zdecydowaliśmy, że nagramy podwójny album. Porywanie się na podwójny krążek brzmi jak szaleństwo, ponieważ jest to bardziej czasochłonne niż nagrywanie pojedynczej płyty, ale ja nie byłem nigdy typem, który lekkomyślnie podejmuje się czegoś i wychodzi z założenia, że jakoś to się ułoży. Muszę mieć pewność, że podejmuję właściwą decyzję. Wtedy nie byłem jej w stanie podjąć co do podziału piosenek. Wiedziałem, że decyzja zajmie mi całe wieki, więc skupiliśmy się na podwójnym albumie.

W tym czasie wytwórnia [SPV] zbankrutowała i nagle cała trasa stanęła pod znakiem zapytania. Zamiast kończyć nagrywanie płyty, przez ostatnie trzy tygodnie, które na to przeznaczyliśmy, próbowaliśmy znaleźć wyjście by uratować trasę, połapać wszystkie sznurki, zgromadzić pieniądze, sprawić, że coś się wydarzy. Próbowaliśmy nakłonić SPV, żeby mimo bankructwa dali nam pieniądze na trasę lub przynajmniej namówić ich, by odpuścili i chociaż dali nam szansę rozmowy z inną wytwórnią. W rezultacie byliśmy zawieszeni w próżni ponieważ związano nam ręce kontraktem. Oni nie mogli nam pomóc, ale my nie mogliśmy też uwolnić się od kontraktu, więc wszystko co mogliśmy zrobić, to czekać na rozwój wypadków. Ostatecznie trasa została spisana na straty, tak samo zresztą jak podwójna płyta.

Później mojej żonie i mnie urodził się Nimh, nasz drugi syn i przez około dwa miesiące byłem zupełnie wyłączony, zajmowałem się tylko ogrodem i domem. Byłem ojcem na pełnym etacie, co zresztą było bardzo miłym doświadczeniem. Doszedłem do momentu, w którym czułem, że jestem gotowy zostawić za sobą Pain of Salvation i poddać się. Było to na swój sposób miłe uczucie, bo do tej pory nie pozwalałem sobie na rezygnację. Zawsze z łatwością wszystkiego się uczę. Zwykle z jakiegoś powodu jestem we wszystkim dobry – próbuję coś zrobić i od razu świetnie sobie daję radę. Jedyna rzecz, która idzie mi wręcz fatalnie, to rezygnacja. Jak dotąd jeszcze nie przerabiałem lekcji z poddawania się, ale wtedy byłem bardzo blisko. To było trochę jak: „Wiesz co? Poczekajmy i zobaczmy co będzie.” Widzieliśmy jak odchodzi mój brat [Kristoffer Gildenlöw], bo byliśmy zmuszeni poprosić go o opuszczenie zespołu. Później odszedł Johan [Langell], perkusista, którego znaliśmy od bardzo dawna. Po nim zaczął grać na basie Simon [Andersson], ale z nim także nie wyszło. Myślę, że przez półtora roku cały zespół był psychicznie wyniszczony próbując przy okazji naprawić to, co nie działało. Bardzo wiele rzeczy mnie wtedy rozpraszało. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że przeszedłem długą drogę przez cały czas poświęcając wiele spraw dla tego jednego zespołu. Poświęciłem przyjaciół, rodzinę, mój czas, młodość, wszystko. Wszystko to zainwestowałem w zespół i wizje które miałem na temat muzyki i zespołu. Nagle cały system zaczął się wyłączać element po elemencie. Zostałem zmuszony do tego, by się zatrzymać.

Daniel Gildenlöw, foto Lars ArdarveTo było jak olśnienie, bo gdy przez to przeszedłem, zobaczyłem wspólny mianownik dla płyty. Nagle zdałem sobie sprawę: „Ok, więc o tym jest ta płyta!”. Opowiada właśnie o tych drogach i ludziach, którzy po nich chodzą docierając do kluczowych momentów. Te momenty to na przykład trudna decyzja, wybór drogi lub coś głębokiego – dobrego lub złego, co nas dotyka, albo właśnie sytuacja, w której sam się wtedy znalazłem. To momenty, w których widzisz co robisz, co poświęcasz, dokąd zmierzasz i pytasz siebie czy masz energię, by to kontynuować.

Pod koniec roku wróciłem do materiału bardziej obiektywny – spędziłem z dala od niego dużo czasu. Zaczynaliśmy współpracę z nowym dystrybutorem i nieoczekiwanie dla wszystkich wybrano nas do największego w Szwecji konkursu muzycznego [Melodifestivalen]. W grze na basie pomagał nam fantastyczny muzyk [Per Schelander], wszystko zaczęło się układać. To tak jakby brak jakiegokolwiek nadzoru sprawił, że nagle wszystko trafiło na swoje miejsce. Wtedy już wiedziałem co zrobić z płytami. W dalszym ciągu musiałem pójść na kilka kompromisów, ale wiedziałem już, że chcę je podzielić w konkretny sposób i że będzie część pierwsza i część druga. Zdałem też sobie sprawę, że chcę, by brzmienie płyty utrzymane było w klimacie retro – ograniczone pod względem rozbudowanych i bombastycznych struktur – miało być intensywnie i krótko. Praca nad EP [„Linoleum„] była także bardzo pomocna. Jestem prawdziwym fanem krótkich formatów. Tak naprawdę większość płyt, które lubię najbardziej, ma mniej niż 40 minut. Nagrywanie EP było więc czymś w stylu: „nareszcie robię prawdziwa płytę!”. Chciałem coś z tego zachować na „Road Salt”. Oto więc bardzo krótka i zwięzła odpowiedź na twoje pytanie o dwie płyty. [śmiech]

Przypuszczam, że dwie płyty zasługują na długą odpowiedź!

DG: To prawda. [śmiech]

Co jest dla Ciebie najważniejsze w tworzeniu muzyki? Emocje? Popularność? Ilość sprzedanych płyt?

DG: Dla mnie najważniejsze jest wyrażenie samego siebie. Nie jestem osobą, która w życiu codziennym potrafi z łatwością okazywać emocje. Mam z tym problemy. Czasem mam wrażenie, że nie umiem być z kimś bardzo blisko. Chcę być dużo bliżej niż potrafię. Z natury jestem nieśmiały. Zawsze, kiedy chcę wyrazić coś głębokiego i ważnego, obracam to w żart. Jest tak od czasu gdy byłem dzieckiem, więc z tej perspektywy muzyka jest dla mnie naprawdę ważna. Dzięki niej mogę ukierunkować te głęboko schowane emocje i być odważniejszy. Muzyka pozwala mi otworzyć się w inny sposób, a także dotrzeć do ludzi, stworzyć z nimi więź i miejmy nadzieję sprawić, że coś poczują. Muzyka łączy mnie z samym sobą i innymi ludźmi, a także innych ludzi z nimi samymi. To zawsze będzie siłą napędową. Oczywiście w takim wypadku zawsze jest walka między wizją tego, czym chcesz być a tym, co chcesz tworzyć. I zawsze będziesz trochę zawiedziony tym, co robisz, przynajmniej ja zawsze będę. Zatem to również można potraktować jako siłę napędową – bycie coraz lepszym, robienie postępów, szukanie nowych dróg i przedefiniowanie muzyki dla samego siebie. A jeśli przy tym sprzedamy miliard płyt, to będzie świetny bonus. Nie protestowałbym. Mógłbym kupić dom! Wciąż wynajmujemy…

Czy jest szansa, żeby znów zobaczyć Cię w Polsce z Pain of Salvation„Road Salt”?

DG: Myślę, że tak, choć jeszcze niczego nie planowaliśmy. Ten rok Daniel Gildenlöw z gitarą Mayones, foto Joa Gosenbędzie trochę szalony, ponieważ w tej chwili przez dwa miesiące jestem z Transatlantic. Kiedy wrócę, mamy czerwiec na to, by skończyć numery na Road Salt Two. Później Johanowi [Hallgren], naszemu gitarzyście, urodzi się dziecko, więc to oznacza, że prawdopodobnie około dwa miesiące później będziemy mogli wyruszyć w trasę. Wtedy jednak będzie coraz bliżej do wydania Road Salt Two, więc trzeba będzie podjąć decyzję czy chcemy jechać trasę z Road Salt One, czy może poczekać na wydanie „Road Salt Two. Czeka nas zatem długa rozmowa z naszym agentem i decyzja czy jedziemy. Ale zdecydowanie wrócimy do Polski. Gram na polskich gitarach [Mayones], w tej chwili używam polskich wzmacniaczy, więc to prawie tak, jakbyśmy byli Polakami, prawda? Potrzebujemy wiec polskich fanów, by byli tu dla nas. A my musimy być tu dla nich. Dla nas są już niemal jak rodzina. [śmiech]

Dziękuję serdecznie i życzę Ci powodzenia we wszystkim co robisz.

DG: Dziękuję bardzo, cała przyjemność po mojej stronie.

Od czasu naszej rozmowy zdecydowano, że Pain of Salvation ruszy w trasę w październiku odwiedzając w tym Polskę, a płyta „Road Salt Two” zostanie wydana na początku 2011 roku. W ciągu najbliższych miesięcy światło dzienne ujrzy też nowa seria gitar „Road Salt”, którą Daniel zaprojektował i rozbudował razem z firmą Mayones. Płyta „Road Salt One” zbiera pochlebne recenzje, a na całym świecie nagradzana jest tytułem Albumu Miesiąca. Powstał już teledysk do piosenki „When It Hurts”, a wkrótce będzie miała miejsce jego premiera.

Anna Jankowiak

Zdjęcia z koncertu udostępnione dzięki uprzejmości Roberta Grablewskiego www.grablewski.com

Zdjęcie Daniela z gitarą Mayones udostępnione dzięki uprzejmości Mayones

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *