W ten Nowy Rok!

W ten Nowy Rok weszliśmy na miarę swoich chęci, sił lub możliwości. O północy, w huku wystrzałowych fajerwerków, usiłowaliśmy złożyć sobie nawzajem życzenia – ogarnął nas noworoczny spontan! Tradycyjnie, platformy telefonii cyfrowej nie dały rady połączyć nas ze wszystkimi, ale co nam tam! Od sztucznych ogni zajął się składzik Kindziukowej, ale zabawa! W oczach pojawiły się łzy – „ach te żrące opary” – „ale się piknie błyska!!!” Dalej więc jeszcze jedno powitalne KABOOM!!!

Gdyby jednak odnaleźć chociaż trochę tej cichej, cichutkiej ciszy, to usłyszelibyśmy ostatnie północne uderzenie lokalnego dzwonu, a nawet ostatnie rozdygotane tyknięcie (czytaj: ostatnie tchnienie) odchodzącego roku – ot, moment przejścia ze starego w nowe. Kurtyna w dół, i znów w górę. Przechodzimy przez próg i robimy krok w wartką ciemność miliona niewiadomych. Jaki będzie ten nowy rok?

A jaki był ten stary? Ten stary ma dość mroczną przeszłość: tajfuny, powodzie, trzęsienia ziemi, tsunami; czyjś dobytek starty w pył, lata mozołu i pracy zniweczone w krótkiej chwili. My, mimo to, jesteśmy, trwamy i idziemy dalej, niestety tysiące ludzi nie weszło z nami w 2012; myślimy o nich, czy już zapomnieliśmy? W 2011 podobno też obaliliśmy reżimy, ale czy obroniliśmy jakąś moralność? Straciliśmy kilku tyranów, a także miliony dolarów, ale co zyskaliśmy? Chyba szansę na kolejny rok?

Ha! Nowy, może przestępny, ale ponoć dramatyczny i krótki! Znów wychodzi nam naprzeciw kolejna wizja KOŃCA ŚWIATA – dla niektórych będzie to już n-ta propozycja. Podobno kluczem do tego KOŃCA jest kalendarz Majów. Zakładając, że te mądre głowy, które i tak źle już nie raz policzyły, ponownie nie kropnęły się w obliczeniach, to podobno już w czerwcu pożegnamy się ze światem jaki znamy. Może stanie się to za sprawą wybuchu kolejnego super-mega-gigantycznego wulkanu, a może zmiażdży nas jakaś spadająca sonda, planetoida albo meteoryt. Nie-optymiści, nie-z-NASA, mówią też o zbliżającej się planecie, zapadającym się polu grawitacyjnym i super-magnetycznej kosmicznej burzy… A może ktoś po prostu nadusi niewłaściwy guzik? I co wtedy? Chyba jednak ponownie KABOOM…

Pewnie ze względu na te ciemne wizje kolejnego Armagedonu (niestety w tym scenariuszu brak heroicznego Bruce’a Willis’a i czarującej Liv Tyler), niewielu wysiliło się na noworoczne postanowienia – a szkoda. Dlaczego by jednak nie podsumować i odkreślić upływu czasu i zdarzeń? Skąd ten strach przed małym bilansem? Przecież to nie rachunek sumienia. Chociaż może? Może to strach przed oceną oraz ewentualną porażką? Wszystkiemu winna współczesna pop-kultura, która proponuje bezstresowy, pełny natychmiastowej gratyfikacji i spontanu life style.  Kto by się temu nie oparł? Lepsze carpe diem niż łańcuchowy ciąg rozczarowań. Niezdefiniowane cele, potrzeby, czy marzenia dają bezgraniczną swobodę – coś się samo dokona, coś się samo zrealizuje, a wtedy ekstaza!

Tu pojawia się nieco inna obawa: taki styl życia grozi brakiem determinacji i potrzeby samorealizacji. Ludziom często brak samozaparcia i chęci do, na przykład, utraty kilku kilogramów, poprawienia stosunków z żoną lub teściową, rzucenia jakiegoś wstydliwego nałogu, czy chociażby naprawienia rozhuśtanej klamki w drzwiach frontowych. Stąd mała sugestia: POSTANÓWMY POSTANAWIAĆ – sobie i innym na przekór. Tylko tyle, nic więcej. Cóż może się wydarzyć jeśli zaplanujemy więcej, a zrealizujemy mniej? Najgorszy scenariusz – hmm, małe kaBOOM?

Izabela Dixon

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *