Zachorowałam na smutek

Gdy jesień zjawia się jakby na wezwanie strudzonego lata, poddajemy się dwóm silnym emocjonalnym prądom: przypływowi melancholii i odpływowi energii równemu depresji, z której nie wyemancypujemy się aż do wiosny. Może na chwilę zaświeci dla nas radość rozgwieżdżonej diodami choinki, albo na moment damy się porwać hulającym przytupom karnawałowych tanów, jednak do zawiośnienia naszych dusz potrzeba słońca, takiego które rozkosznymi piegami okrasza nam twarze.

Gdy wyłączone zostało to cudownie ciepłe słońce, gdy włączyły się kaloryfery i mroźny uśmiech pojawił się na obliczu ziemi, zachorowałam na smutek. Zwykły, nabrzmiały melancholią, smętny smutek. Może zachorowanie nie jest najlepszym słowem, kolokwialnie bowiem znaczyć ono może, że zapragnęłam smutku – ale nie takie to zachorowanie. Moje ma przebieg kliniczny i nosi lakoniczne symptomy choroby: smutne oczy, żałosny uśmiech, skłonność do westchnień, czterokrotnie większą potrzebę snu, obłędne zmęczenie, ociężałą kreatywność oraz intelektualne osłabienie. Skąd i jaki lek na taki stan rzeczy? Jakaś transfuzja? Może szklaneczka miodu pitnego? Niestety, smutek nie ustępuje, a przy trzeciej szklaneczce wybitnego polskiego dwójniaka zaczynam planować telefon do AA. Nie tędy więc droga…

Help! Ale skąd tu „help” gdy i u innych dostrzegam wyraźne symptomy tej samej choroby: oziębłe „cześć”, obłęd w oczach, chłodne „jak się masz?” znaczące mniej więcej tyle co „spadaj” oraz chrapliwie wyrażone „aby do wiosny!” – wszystkie świadczą o tym, że i moi bliźni zapadli już na tę przykrą przypadłość. Pomocy więc znikąd.

Napisałam sobie kiedyś (ku rozweseleniu) taki jesienny wierszyk pod wymownym tytułem: 

Smutek
Gdy jesień siada na moich kolanach
czuje się trochę jakby zapłakana
trochę bezradna i zmęczona
jak ten liść ostatni, który kona…

Miażdżący optymizm – czyż nie? Dzisiaj gdy patrzę na te słowa widzę, że na tę chorobę zapadam więc cyklicznie od wielu lat. Z przebiegłą częstotliwością bowiem rokrocznie pisały mi się jakieś jesiennie melancholijne strofy, a moje smutne natchnienie zawsze szumiało jesiennymi liśćmi:

Liść
Nie porwę ciebie ja, ani wiatr silny,
nic nie ugasi twej zieleni,
lecz gdy przyjdzie rudowłosa jesień
sam na jej widok się zarumienisz.

Jakoś więc moje jesienne, listopadowe westchnienia to kolejne symptomy jesiennego rozkojarzenia i upadku moich zmysłów. Nic dziwnego, gdy grafitowa szarość sklejona sadzą z nieekologicznych kominów zaczyna zalegać coraz grubszą warstwą nie poddającą się nawet szronowi. Oczom zaczyna brakować kontrastów i nasycenia, a szorstka szarość wbija się w duszę jak tępe stalowe narzędzie. Do tego wiatry, deszcze i  obezwładniające wycie ogołoconych drzew smaganych jesiennym wiatrem – „czy to się kiedyś skończy?”, tak myśląc kulimy się w kokonie z ciepłego polarowego koca, gdy nasze wnętrze złorzeczy temu cyklicznemu okropieństwu. Ciepłe kraje majaczą nam złudnym mirażem na skraju naszej przemarzniętej świadomości.

Kończąc te rozważania, ponieważ nie chce drogi Czytelniku abyś jeszcze bardziej się rozchorował jesiennym smutkiem, wyznam, że nie ma złotych środków na te dolegliwości. Załączam jednak listę propozycji i zajęć, które wleją w Ciebie trochę życia i uchronią Cię przed całkowitą hibernacją (chociaż, kto wie…?). Otwórz więc umysł, a na wiosnę sprawdź szybko poziom cukru i cholesterolu… Wcześniej jednak kup najbardziej miękki z miękkich, potulnie-przytulny koc; miód pitny – 8 litrów, trzy litry likieru malinowego i dwa litry ajerkoniaku. Do tego kup tonę czekoladek (według uznania), sześć seriali komediowych i ciepłe skarpety. Usiądź wygodnie przed swoim wymarzonym 60 calowym, ledowym full HD TV i oddaj się orgii oglądania, siorbania i ciamkania.

P.S. Jeśli niestety brakuje Tobie środków na owe luksusy, użyj swojej sześciogwiazdkowej wyobraźni. Zamknij się w swoim ciepłym śpiworze i pomyśl, że to wszystko kupiłeś/łaś i zaśnij śniąc kolejne odcinki wesołych seriali, spożywając we śnie wszystkie wymarzone i lekko procentowe słodkości, aż ciepło rozejdzie się po Twoich członkach wpadających jednak w zimowe nieubłagane i nieuniknione śnienie, marzenie…!

OBY DO WIOSNY my Friend!

Izabela Dixon 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *