Adwentowa gorączka

Świąteczny, egzaltowany czas już niestety za nami. Zostawiliśmy za sobą dni nerwowych przygotowań i świątecznych rytuałów. W świątecznym ferworze przygotowywaliśmy nasze domostwa, spiżarnie oraz serca.

Świąteczne ozdoby miały zadbać o ambience. Rozwiesiliśmy więc miej więcej tyle światełek na ile nas stać, aby te rozświetlały nam nie tylko krótkie dni, ale i mroczne korytarze naszych myśli. Te migające miały też rozweselać, choć czasem wywoływały ataki nerwowych, niemalże apoplektycznych spazmów, szczególnie gdy wiedzieliśmy, że z pewnością nie wyrobimy się na czas.

Kolejny etap przygotowań to chwile, czasem pełnych rozpaczy, mozolnych poszukiwań prezentów. Jak tu nie mówić o rozpaczy przy świątecznej MEGA-migrenie, gdy spędziliśmy już cztery godziny w zatłoczonym centrum handlowym rozbrzmiewającym zewsząd świątecznymi wcale nie muzak-alnymi szlagierami i wiedząc, że przed nami jeszcze minimum kolejne dwie godziny, gdy tu z lewej leci „Last Christmas”, z prawej „I’m Dreaming Of White Christmas”, a za nami „Jingle Bells” w stylu techno!? Zakupów dokonywaliśmy też w zgiełku przekrzykujących się świątecznych mechanicznych mikołajów z wcale nie mniej gadatliwymi świątecznymi bałwankami, a nawet reniferami, z których wszystkie kręciły zgrzytliwymi tułowiami, świecąc przy tym nosami, guzikami, czy czymś innym równie niemoralnym. W rytmie „You’d Better Watch Out” obsługa sklepów żarliwie namawiała nas do zakupu tych hałaśliwych koszmarków, które uczyniłyby nasze świąteczne domy prawdziwym piekłem na ziemi. To był czas straszny, ale ostatecznie ukoronowany pękającymi w szwach (czy zgrzewach) torbami pełnych prezentów i produktów na przecież kolejne wyjątkowe Święta. Nasze portfele może lekko zawilgotniały od westchnień przy każdej kolejnej wydawanej złotówce (czy innej walucie), ale wiedza, że mamy czym obdarować i co gotować dała nam jakieś dziwne poczucie bezpieczeństwa.

Później wypieki, gotowanie i sprzątanie – kolejność dowolna. Z każdą chwilą bliżej tej upragnionej kulminacji – modląc się pobożnie, aby w ostatnim krytycznym momencie nie zawiodła pralka, kuchenka, czy zmywarka – tak przygotowaliśmy nasze serca…

W końcu usiedliśmy do wigilijnego stołu z rodziną, opłatkiem, świąteczną ulgą, oraz lekami na trawienie w prawej kieszeni. Spędziliśmy cudowny czas! Obdarowaliśmy się, porozmawialiśmy, przy akompaniamencie z TV odśpiewaliśmy „Lulajże Jezuniu” w stylu bardziej retro niż folk. Przy spódniczkach i spodniach poluzowaliśmy zamki, guziczki, a co niektórzy przeskoczyli o nawet dwie dziurki na paskach, bynajmniej nie tych od zegarków. Przymierzyliśmy nowe skarpetki i krawaty – nasze świąteczne zdobycze daliśmy z serca oraz z instrukcjami obsługi. Nasze Święta – już za na nami. Jak nagle zrobiło się cicho…

Izabela Dixon

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *