Rodzice i szkoła za granicą

Szkoła za granicą to duże wyzwanie nie tylko dla dziecka czy nastolatka, ale i dla rodziców. Ucznia czekają nowi koledzy i nauczyciele, nauka w języku innym niż ojczysty, różnice programowe i nowe szkolne zwyczaje. Rodzice – oprócz tego, że zapewne przeżywać będą razem z dziećmi wszystkie te nowości – stają zwykle przed jeszcze jednym wyzwaniem, a mianowicie współpracą z nauczycielami i szkołą.

Różnice dotyczące oczekiwań szkoły wobec rodziców (i odwrotnie) czy norm zachowania nawet w pozornie podobnych od Polski krajach europejskich mogą okazać się zaskakująco duże i mocno wpływać na komunikację na linii rodzic-szkoła. Co dziwi polskich rodziców w zagranicznych systemach edukacyjnych, i na co warto się przygotować, mając w perspektywie posłanie dziecka do szkoły w Szkocji, Włoszech czy USA?

Szkocja – samodzielne dzieci nadopiekuńczych rodziców

Największym szokiem był dla mnie styl opieki nad dziećmi w szkockiej szkole – opowiada Matylda, której syn Bartek przez cztery lata chodził w Szkocji do szkoły podstawowej, a córka Agatka przez dwa lata do przedszkola. – Może jestem przewrażliwioną mamą, ale trudno było mi się nie zaniepokoić, kiedy widziałam, że jesienią, w deszczowy, chłodny dzień dzieciaki maszerują na spacer w rozpiętych kurtkach, bez czapek i szalików – wspomina. Kiedy Matylda próbowała porozmawiać o tym z wychowawczynią, poprosić ją, żeby dopilnowała, aby jej chorowity syn ubierał się porządnie przed spacerem, nauczycielka robiła wielkie oczy i odpowiadała, że Bartek musi uczyć się samodzielności. – Ja to oczywiście rozumiem, z jednej strony, ale trudno oczekiwać od ośmiolatka, że będzie myślał o swoim zdrowiu, prawda? Zwłaszcza, jeśli koledzy wychodzą na dwór z odkrytymi głowami.

Matylda miała też wielokrotnie poczucie, że z punktu widzenia szkockiej szkoły za bardzo wtrąca się w edukację mojego dziecka. Robiła to po części dlatego, że w Szkocji młodsze dzieci nie mają prawie prac domowych, więc nie mogła się zorientować, jak dziecku idzie, z czym ma kłopoty i w czym mogłaby mu pomóc. Opisowe oceny, które rodzice dostają ze szkoły raz na semestr, nie zaspokajały jej głodu wiedzy. – Trochę martwiło mnie, że tak mało wiem o postępach syna, zwłaszcza, że przecież zaczął uczyć się w nowym języku. – Więc podczas indywidualnych spotkań z nauczycielką, na które w szkockiej szkole trzeba przychodzić co jakiś czas, próbowałam się dopytywać, jak Bartkowi idzie pisanie, czytanie, i tak dalej. Po którymś z kolei takim spotkaniu Matylda usłyszała od pani wychowawczyni, że niepotrzebnie się martwi i że nie musi wszystkiego kontrolować, bo kiedy pojawią się poważne problemy, szkoła na pewno da jej znać.

Było to jakże odmienne podejście od tego, jakiego nauczyła się w polskiej szkole, do której Bartek chodził przez rok przed wyjazdem do Szkocji. W Polsce było jej zdecydowanie łatwiej dogadać się z nauczycielami. – Miałam wrażenie, że moja postawa była tu jak najbardziej na miejscu, nauczyciele doceniali, że interesuję się postępami dziecka i jestem gotowa mu pomóc, pracować z nim dodatkowo w domu, żeby nie dopuścić do problemów i nie musieć interweniować dopiero, kiedy się pojawią.

Również w szkockim przedszkolu, do którego chodziła Agatka, córka Matyldy, ujawnił się drobny problem kulturowy. Zanim Agatka poszła do przedszkola, nie miała dużo kontaktu z innymi dziećmi – większość czasu spędzała z mamą w domu. Więc nie miała okazji zorientować się, że dookoła mieszkają – różnie wyglądający – ludzie różnych ras i narodowości i że nie wszystkie dziewczynki mają słowiańską urodę: różową skórę i blond włosy jak ona. Przez pierwsze dni w przedszkolu podobno bardzo intensywnie przyglądała się swoim śniadym, ciemnowłosym koleżankom, co wzbudziło zaniepokojenie pań wychowawczyń. – Zostałam zaproszona na rozmowę, podczas której musiałam przekonać je, że wcale nie zaszczepiamy dziecku nietolerancyjnych postaw, że Agatka musi się po prostu przyzwyczaić do nowych osób, które dla niej wyglądają nietypowo! Na szczęście szybko zaprzyjaźniła się z dziewczynką z Indii, więc nie dostaliśmy na stałe etykietki rasistów… – śmieje się dziś Matylda.

Włochy – południowy temperament i rodzina

Anna, mama nastoletniej Rosalii, wspomina, że szkolne początki córki nie były wolne od niespodzianek, mimo że tata Rosalii jest Włochem, a ona sama mieszkała w tym kraju od lat. Więc posłanie Rosalii do szkoły w tym kraju nie wiązało się dla nich ani z nowym miejscem zamieszkania, ani nowym językiem. – To chyba była przede wszystkim kwestia moich wyobrażeń, moich oczekiwań, które sobie nie do końca świadomie zbudowałam, pamiętając własne doświadczenia z polskiej szkoły – wspomina Anna, która spodziewałam się większej dyscypliny w szkole, a także tego, że dzieci będą spędzać czas przede wszystkim na nauce – a tymczasem Rosalia opowiadała mamie głównie o tym, że razem z dziećmi bawiła się cały dzień. – Kiedy po pierwszej klasie porównywałam, co umie córka i jej rówieśnik, mój bratanek, który mieszka i chodzi do szkoły we Wrocławiu, trochę się zmartwiłam, bo w porównaniu z Kubą, Rosa umiała naprawdę niewiele… – mówi Anna. Zatroskana mama próbowała rozmawiać na ten temat z nauczycielką, nawet z dyrektorką szkoły, ale nie odniosła wrażenia, żeby udało im się osiągnąć jakiekolwiek porozumienie: skoro dzieci dobrze się razem czują w klasie i zdają test na koniec roku, to w czym problem? – pytała dyrektorka. Annie jednak test wydawał się banalnie prosty i nic nie było w stanie zachwiać jej przekonaniem, że celem chodzenia do szkoły powinno być przede wszystkim zdobywanie wiedzy, a zdobywanie przyjaciół powinno być na drugim miejscu.

Co jeszcze zaskoczyło mamę Rosy we włoskiej szkole? Podobne zachowania, które dla większości przybyszów z Polski wydają się we Włoszech nieco egzotyczne: duża ekspresyjność, łatwość nawiązywania kontaktu i skracanie fizycznego dystansu. Te akurat Anna wspomina bardzo pozytywnie. – Podoba mi się, że we Włoszech nauczyciele traktują dzieci ciepło, po ludzku: jeśli dziecko przychodzi się przytulić, to nauczycielka je przytuli, pogłaszcze po głowie. Jest też dużo większa tolerancja dla dziecięcych wygłupów, nikt nigdy nie daje dzieciom uwag za to, że np. śmieją się na lekcji. Pamiętam, że kiedy w szkole Rosy pojawił się chłopiec ze Stanów, to rodzice o mało nie złożyli pozwu do sądu, kiedy nauczycielka przytuliła ich płaczącego syna, żeby go pocieszyć. Może my Polacy mamy dla zachowań tego typu większą akceptację?

Francja: Przedszkole jest szkołą nawet z nazwy

W przeciwieństwie do Włoch, we Francji szkoła jest niezwykle poważnie traktowana. Poważne traktowanie obejmuje także przedszkole i to chyba najbardziej zaskoczyło Annę, która wyszła za mąż za Francuza i we Francji zamieszkała na wiele lat zanim jej synowie poszli do przedszkola. Była przyzwyczajona z Polski, że przedszkole to takie miejsce, gdzie dzieci uczą się w mniej sformalizowany sposób i raczej spędzają czas na zabawie. Tymczasem przedszkole jest we Francji szkołą, nawet z nazwy – école maternelle. Wychowawcy noszą też dumnie brzmiący oficjalny tytuł „szkolnych profesorów”: „professeurs d’écoles” i  legitymują się tym samym dyplomem, co nauczyciele pracujący też z jedenastoletnimi, a nawet starszymi uczniami. Wymagania są ujednolicone w całym kraju i również traktowane bardzo poważnie. – Jak okaże się, że dziecko w jakimś tam wieku nie rysuje kółka w sposób, jaki powinno, można się spodziewać, że nauczycielka wezwie rodziców na rozmowę – mówi Anna. Poza tym nie widzi specjalnych różnic kulturowych pomiędzy Francją, a Polską, które ujawniałyby się przy okazji edukacji dzieci. No, może poza bardzo poważnym podejściem do jedzenia.  Przerwa obiadowa jest tu świętością, a dzieci mają nawet osobny przedmiot: „éducation à l’alimentation” (wiedza o odżywianiu).

Norwegia – różnica pomiędzy karą a psychicznym znęcaniem się

Na drugim końcu Europy, w Norwegii, dla polskich rodziców, z którymi rozmawialiśmy, największym zaskoczeniem było – poniekąd odwrotnie, niż w Szkocji – duże zaangażowanie szkoły w wychowanie dzieci. – Może skojarzenia z filmem „Obce niebo” to trochę za dużo, ale rzeczywiście w Norwegii obowiązuje zasada, że dobro dziecka jest najważniejsze i ze szkoła i inne państwowe instytucje, takie jak Barnevernet (Urząd Ochrony Praw Dziecka) powinny czuwać, czy rodzice do tego dobra dążą – mówi Magda, która wyjechała z mężem do Norwegii kilkanaście lat temu i której synowie urodzili się już w Oslo. Jej zdaniem, generalnie nauczyciele w Norwegii są na ogół bardzo pomocni, otwarci, chętnie spotykają się i rozmawiają z rodzicami, jednak trzeba mieć świadomość pewnych różnic językowych i kulturowych, które łatwo mogą popsuć komunikację między rodzicem-Polakiem a nauczycielem-Norwegiem. – Przede wszystkim rodzice muszą – dokładnie tak, jak robią to tutejsi nauczyciele – wykazywać się dużą wolą współpracy – tłumaczy Magda, której młodszy syn, Karol, na początku szkoły nie najlepiej radził sobie z norweskim. Nauczyciel syna wymyślił, że dobrze byłoby ograniczyć kontakt z językiem polskim i zawiesić chodzenie do polskiej szkoły sobotniej, dopóki Karol nie będzie biegle mówił po norwesku. – Gdybym odpowiedziała po prostu „Nie ma mowy, polski jest dla nas najważniejszy”, mogłoby to być zinterpretowane jako działanie na szkodę dziecka – bo rodzic odmawia dostosowania swojego zachowania tak, by pomóc dziecku w pokonaniu szkolnych trudności – tłumaczy.  Magda odpowiedziała więc dyplomatycznie: że nie wyobraża sobie, że mogłaby mówić do dziecka inaczej niż po polsku, bo po norwesku nie będę w stanie nawiązać z nim pełnego emocjonalnego kontaktu. Zaproponowała jednak, że będzie z nim ćwiczyć dodatkowo norweski w domu, jeśli szkoła przygotuje mi stosowne ćwiczenia i materiały. – Powiedziałam też, że nie zrezygnujemy ze szkoły sobotniej, bo Karol ma tam najlepszych przyjaciół (co jest prawdą), ale możemy postarać się, żeby chodził na dodatkowy trening piłki nożnej z grupą dzieci norweskojęzycznych, a nie mieszaną, polsko– i norweskojęzyczną.

Magda zwraca też uwagę na drobne różnice językowe, których polscy rodzice wychowujący dzieci w Norwegii powinni być świadomi. – Kiedy niegrzeczne dziecko nie obejrzy dobranocki, to po polsku powiemy, ze dostało karę, ale po norwesku – że rodzice wyciągnęli konsekwencje z niewłaściwego zachowania. Jeśli przetłumaczymy po prostu słowo „kara” na norweski, to Norwegowi słowo „straff” skojarzy się z czymś bardzo poważnym, niekoniecznie karą fizyczną, ale psychicznym dręczeniem dziecka. Tego typu różnic trzeba być świadomym, żeby niechcący nie narazić się na nieprzyjemności.

USA – owijanie w bawełnę i przygotowane pytania

Największym zaskoczeniem dla Stefana i Anety, których syn, Staszek, poszedł do amerykańskiej szkoły był na początku …brak problemów. Była to bardzo miła odmiana po doświadczeniach z wychowawczyniami w przedszkolu w Polsce, gdzie rodzice Staszka od progu byli zasypywani różnego rodzaju pretensjami i uwagami. Tu w czasie spotkań było zawsze miło, a uśmiechnięta nauczycielka prawiła komplementy pod adresem chłopca. Tłumaczyli sobie to przychylnością wobec Staszka, który znalazł się w niełatwej dla siebie sytuacji – był całkiem sam przez cały dzień, otoczony ludźmi mówiącymi nieznanym mu językiem – i dzielnie dawał sobie radę. Być może pojawiała się też w rozmowach z nauczycielką i łyżka dziegciu, ale fakt, że mniej dobre informacje były podawane jakby na koniec, rodzice sześcioletniego Staszka tłumaczyli sobie niewielką ich wagą. Staszek pytany codziennie wieczorem o to, jak mu poszło w szkole, nieodmiennie odpowiadał: „dobrze!”. Wszyscy zdawali się być zadowoleni.

Pewnego jednak dnia Stefan odebrał telefon od dyrektora szkoły. Staszek był w jego gabinecie, bo uderzył kolegę. „Principal” prosił o przeprowadzenie rozmowy z synem, który miał przejawiać „agresywne” zachowania. Od słowa do słowa, okazało się, że to nie pierwszy przypadek, gdy chłopiec lądował na dywaniku i był generalnie postrzegany jako problem wychowawczy. Rodzice Staszka byli mocno rozczarowani i czuli coś w rodzaju pretensji do nauczycielki, że nie zasygnalizowała im wcześniej, że nie wszystko idzie tak dobrze, jak im się wydawało.

Od tego momentu Principal wziął sprawy w swoje ręce. Zorganizował spotkanie, w którym wzięli udział rodzice, nauczycielka, pedagog szkolny i psycholog. Uzgodniono „plan naprawczy”, który obejmował m.in. dzienniczek, w którym odnotowywane (i punktowane) było zachowanie ucznia. Po jakimś czasie w dzienniczku Staszka zaczęło się pojawiać coraz więcej punktów i problemy zasadniczo ustąpiły. – Pozostanie dla wszystkich słodką tajemnicą, czy to plan naprawczy przyniósł efekt, czy Staszek posługując się coraz lepiej angielskim i adaptując w amerykańskiej przestał odreagowywać swoją sytuację – wspomina Stefan, który jednak przyznaje, że o ile „plan naprawczy” na początku wydawał mu się idiotycznym pomysłem, o tyle teraz docenia go. – Wszyscy mieliśmy poczucie, że problem nie leży odłogiem, tylko coś się dzieje w tej sprawie.

Zdaniem Magdy, polskiej mamy, która spędziła znacznie więcej czasu, niż Stefan i Aneta w USA, raczej nie można oczekiwać, że amerykańska nauczycielka sama z siebie będzie opowiadać o problemach. – Trzeba zadawać pytania, im bardziej szczegółowe, tym lepiej i na wszystkie spotkania przychodzić dobrze przygotowanym – radzi polskim rodzicom, których dzieci miałyby znaleźć się w amerykańskiej szkole. Zarówno Magda, jak i Stefan zgadzają się, że Amerykanie są niezwykle wyczuleni na to, aby nie urazić swojego rozmówcy i starają się za wszelką cenę zapobiec wszelkim możliwym różnicom zdań. Gdy muszą zakomunikować coś, co może być negatywnie odebrane przez interlokutora (i nie mogą tego uniknąć) to będą się starali tak to opakować, aby było jak najłatwiejsze do przyjęcia. – Nas Polaków może wprowadzić to w błąd, bo nie zdajemy sobie sprawy, że to ta druga część komunikatu jest naprawdę ważna, a nie ta pierwsza – podsumowuje Stefan.

Bez względu na to, w jakim kraju przyjdzie naszym dzieciom chodzić do szkoły, pamiętajmy, że to szkole właśnie najbardziej objawiają się różnice kulturowe, które w życiu dorosłych nie będą grały większej roli. Dla dobra dzieci rodzice powinni mieć oczy i uszy otwarte, aby nie zignorować żadnego sygnału, nawet takiego, który wydaje im się mało ważny. W innych kulturach te „mało ważne” sprawy mogą być całkiem poważnie traktowane. I odwrotnie, coś, co dla nas urasta do rangi problemu, może np. nauczycielom w Szkocji wydawać się drugorzędne, a nawet śmieszne.  Nie uda się nam z pewnością ominąć wszystkich problemów, jak narciarzowi tyczek na stoku, ale część z tych, jakie stały się udziałem rodziców Karola, Agatki czy Staszka, po prostu można było uniknąć. Z drugiej strony jednak polscy rodzice mieszkający za granicą powinni pamiętać, że przymus dostosowania się i szacunek wobec kultury kraju przyjmującego niekoniecznie musi oznaczać rezygnację ze swojej odrębności. Zazwyczaj te dwie rzeczy można pogodzić.

Joanna Durlik
Karol Chlipalski

 
Serwis Wszystko o dwujęzyczności jest dostępny na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Uniwersytetu
Warszawskiego. Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Senatu zadań
w zakresie opieki nad Polonią i Polakami za granicą w 2016 roku. Zezwala się na
dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym
informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o zleceniu zadania
publicznego przez Kancelarię Senatu oraz  przyznaniu dotacji na jego wykonanie w 2016 r.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *