Bo mama jest jednak Polką – rozmowa z Danutą Stryjak

Dla wielu nauczycieli włoskich istnieje tylko jeden model integracji – dziecko musi jak najszybciej zacząć mówić po włosku. Zupełnie tak, jakby ten „background”, jakim ono dysponuje, z innej szkoły, z innego kraju, miał niewielkie znaczenie – mówi Danuta Stryjak. O specyfice nauczania języka polskiego we Włoszech, z dyrektorem Szkolnego Punktu Konsultacyjnego imienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego przy Ambasadzie RP w Rzymie i członkiem zarządu Rady Oświaty Polonijnej, rozmawiają Zofia Wodniecka i Karol Chlipalski.

Danuta StryjakCo powinno być celem takich szkół, jak Szkolny Punkt Konsultacyjny (SPK) w Rzymie – przekazanie dzieciom biegłej znajomości języka polskiego, przygotowanie ich do życia w Polsce? Co Pani mówi rodzicom dzieci, które rozpoczynają edukację w SPK w Rzymie?
DS: Absolutnie nie składam przyrzeczenia, że w ciągu tych trzech godzin, jakimi dysponujemy nauczymy dzieci języka polskiego. Rodzice dowiadują się ode mnie, że ja jako dyrektor tej placówki obiecuję, że nauczyciele zrobią wszystko, żeby dzieciom było łatwiej nauczyć się drugiego języka, jakim jest język polski. Transakcja jest jednak wiązana – rodzice zapisując dzieci do szkoły polskiej składają deklarację, że jeśli od nas wymagają, że my ich dzieci czegokolwiek nauczymy, to oni będą to nasze nauczanie wspierać. I tylko wtedy to działa.

A jaki jest procent dzieci – w przedszkolu i szkole, którymi Pani kieruje – które znają biegle język polski, np. urodziły się w Polsce i mają jakiś epizod życia w Polsce?

DS: Niewielki. Jak przyjechałam tu w 2008 roku, większość dzieci, 60–70 procent, urodziła się i spędziła pierwszy etap życia w Polsce, wiele z nich miało nawet za sobą epizod w szkole polskiej. Teraz, po prawie 10 latach, sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Dzieci, które urodziły się w Polsce, bądź mają za sobą jakąś część życia spędzonego w Polsce – nie chcę skłamać – ale wydaje mi się, że mamy jeden procent. To są najczęściej dzieci pracowników ambasady, bądź placówek polskich, ewentualnie polskich instytucji w Rzymie. I są to dzieci przyzwyczajone do jeżdżenia po całym świecie. Dla 90 procent naszych dzieci włoski jest absolutnie pierwszym językiem.

To w jakim języku w takim razie dzieci mówią w szkole polskiej?  

DS: W klasie I dzieci najczęściej nam odpowiadają po włosku kiwając głowami, ale część odpowiada nam też po polsku. Jeszcze w pierwszej klasie to się wyrównuje. Nauczyciele wiedzą, że zanim „wyciągną” ten język polski od dzieci, zanim zaczną śpiewać z nimi piosenki (bo dzięki śpiewaniu piosenek najszybciej to idzie) upłynie mniej więcej pół roku. Po pół roku już zaczynają rozmawiać i pisać  – nie jest to perfekcyjny język polski, ale nam to nie przeszkadza. Po trzeciej klasie są już absolutnie przygotowane  do nauki w starszych klasach, do posługiwania się językiem specjalistycznym, oczywiście na ich poziomie. Znają takie wyrażenia jak „stroje ludowe”, „hejnał z wieży mariackiej”, albo np. słowa „rycerze” czy „książę”. To właśnie w tym momencie różnice w sposobie posługiwania się językiem u dzieci chodzących do szkoły polskiej i tych, które do szkoły nie chodzą, zaczynają być bardzo widoczne.

Czy włoska szkoła jest Waszym sprzymierzeńcem, jeśli chodzi o przekazanie znajomości języka i kultury polskiej? Czy nauczyciele włoscy ułatwiają Wam, czy utrudniają zadanie?

DS: To oczywiście zależy. Od tego np. jaką dany nauczyciel przeczytał literaturę, jakie  ma doświadczenia prywatne. Niestety ciągle pokutuje tu  jeszcze model postrzegania dwujęzyczności z lat 50. i 60. XX wieku, kiedy uważano, że dwujęzyczność przeszkadza w rozwoju. Wciąż zgłaszają się do nas mamy, które słyszą w szkołach włoskich „radę”, żeby – przynajmniej  tylko na jakiś czas – zaprzestać mówienia po polsku do dziecka, bo to pozwoli łatwiej dziecku wejść w kulturę włoską, szybciej się zintegrować.

A czy państwo włoskie w jakikolwiek sposób stara się kształcić tych nauczycieli?

DS: Dwujęzyczność to nie jest coś, co Państwu Włoskiemu spędza sen z powiek. Równocześnie, dla wielu nauczycieli włoskich istnieje tylko jeden model integracji – dziecko musi jak najszybciej zacząć mówić po włosku. Zupełnie tak, jakby ten „background”, jakim dysponuje to dziecko, z innej szkoły, z innego kraju, miał niewielkie znaczenie. Bierze się to również stąd, że nikt się nie uczył w trakcie studiów, jak wydobyć tę wcześniejszą wiedzę. Potrzeba ogromnej  pracy państwa włoskiego, ale może też – nieskromnie powiem – Szkoły Polskiej w Rzymie, Stowarzyszenia Nauczycieli języka i Kultury Polskiej w  Rzymie, Rady Oświaty Polonijnej we Włoszech, żeby powoli wraz z nauczycielami włoskimi spróbować wypracować jakieś metody pracy z tymi dziećmi. Bardzo liczymy również na współpracę z włoskim oddziałem Bilingualism Matters – Bilinguismo Conta (dwujęzyczność ma znaczenie (wł) – przyp. red.).

Uważa Pani, że doświadczenia, jakie zdobyli Polacy w edukacji za granicą, mogą okazać się przydatne dla Włochów.

DS: Po tych wszystkich latach pracy i doskonalenia zawodowego, po konferencjach metodycznych i naukowych, które tu organizowaliśmy, uważam, że ja i moi nauczyciele mielibyśmy już prawo doradzać w tej kwestii.

Co by Pani doradziła?

DS: Doradziłabym przede wszystkim otwarcie się na wielojęzyczność uczniów. Poszukania badań wskazujących na zależność pomiędzy nauczaniem języka pierwszego i drugiego. Uważnego przestudiowania różnych systemów integracji przyjętych w różnych państwach i wypracowania nowego modelu integracji. Wreszcie uznania faktu, ze cześć tzw. Nowych Włochów ma niewłoskie pochodzenie i odzwierciedlenia tego faktu w prawodawstwie. Chcielibyśmy wychodzić z takimi inicjatywami do naszych włoskich kolegów, mamy, jako stowarzyszenie i jako szkoła, wiele pomysłów, jak to robić. Chcielibyśmy choćby dotrzeć do szkół poprzez osobistości świata nauki, kultury. Stworzyliśmy już np. (jako Rada Oświaty Polonijnej) filmik w języku włoskim po to, aby nam łatwiej było docierać do rodzin, do ojców, ale nie tylko – do całego społeczeństwa włoskiego – z informacją, że dwujęzyczność to jest jednak bogactwo, to wartość, którą trzeba  pielęgnować. I już dawno temu zauważyliśmy, że nie udaje się uczynić dzieci dwujęzycznymi, kiedy mama nie ma wsparcia włoskiego partnera. Znaczniej łatwiej jest wtedy, kiedy na dwujęzyczności zależy włoskiemu tacie.

Czy to jest generalnie problem?

DS: Tak, to jest duży problem. Ja go postrzegam na co dzień przez pryzmat rodzin, które widzą potrzebę posyłania dzieci do szkoły polskiej, nawet jeśli językiem dominującym w domu jest włoski. Nasze rodziny mimo wszystko widzą potrzebę uczenia dziecka polskiego.  Widzimy duże zaangażowanie w tej kwestii całych rodzin. Ale to jest wycinek, niewielki procent dzieci pochodzenia polskiego. Nie umiem powiedzieć, co się dzieje w tych rodzinach, z których dzieci nie chodzą do szkoły polskiej. Część z nich  z pewnością pielęgnuje język polski. Czasami nasi uczniowie nam opowiadają, że ich koledzy, którzy nie chodzą do polskiej szkoły,  mówią „jakimś takim innym polskim”. My nauczyciele nazywamy go „językiem domowym”. Z doświadczenia wiemy, ze rozwój tego języka bez szkoły zatrzymuje się na poziomie, który my nazywamy „domowym” właśnie. Inne rodziny w ogóle rezygnują z języka polskiego, z różnych powodów.

Jakich?

DS: Bardzo różnych. Oczywiście jestem daleka od tego, żeby krytykować te mamy. Czasem to są bardzo skomplikowane historie. Ale potem, po latach te dzieci pozostają jakby bez jednej połowy. Widać to po telefonach, często dramatycznych, które odbieramy: „Co ja teraz mogę zrobić, bo moje dziecko chciałoby mówić po polsku?”. A dziecko ma np. 14 lat i zna pojedyncze słowa. Często odpowiadamy: „jedyne, co można zrobić, to zapisać dziecko na kurs języka polskiego jako obcego, nic innego się nie da zrobić”.

To może teraz przez chwilę porozmawiajmy o Pani i szkole, którą Pani kieruje. Od kiedy jest pani związana ze szkolnictwem polskim we Włoszech?

DS: W 2008 roku zostałam dyrektorem zespołu szkół przy Ambasadzie Rzeczpospolitej Polskiej w Rzymie. To była placówka działająca przy zespole szkół w Warszawie, który to z kolei tworzył  na całym świecie, tzw. szkoły przy ambasadach. Miały one realizować uzupełniający program nauczania dla – tak się to wtedy nazywało – dzieci obywateli polskich czasowo przebywających za granicą. Po dwóch latach została wprowadzona reforma, która polegała m.in. na tym, że wtedy te wszystkie szkoły przy ambasadach zostały tzw. Szkolnymi Punktami Konsultacyjnymi. I takich szkół działających obecnie w ramach Ośrodka Rozwoju Edukacji Polskiej za Granicą (ORPEG) jest obecnie około 70. I to są różne placówki, od  dużych, takich jak nasza w Rzymie, czy bardzo dużych  takich jak np.  w Paryżu lub Brukseli, gdzie uczęszcza ponad tysiąc uczniów, po niewielkie placówki np. w Pekinie czy Dubaju. Tu we Włoszech mamy też, większe i mniejsze szkoły. Jestem zatem w szkole Rzymie już dziewiąty rok.

Ile dzieci uczęszcza do Szkolnego Punktu Konsultacyjnego w Rzymie?

DS: Do naszej szkoły w chwili obecnej uczęszcza około 600 uczniów.

A ile jest w sumie we Włoszech dzieci objętych polskim szkolnictwem? I jak się to ma do ogólnej liczby Polaków w tym kraju?

DS: We wszystkich SPKach we Włoszech (w Rzymie, Ostii, Mediolanie i Bolonii – przyp. red.)  uczy się około 1000 uczniów, w szkołach społecznych według danych Rady Oświaty Polonijnej jest dodatkowo ok. 400 uczniów, którzy są objęci nauczaniem w języku polskim. To razem ok. 1400 uczniów. Tymczasem we Włoszech, według danych Wydziału Konsularnego mieszka około 110 tysięcy Polaków lub osób polskiego pochodzenia. Jeśli przyjmiemy, ze tylko 20 proc. z tej liczby to dzieci i młodzież w wieku szkolnym to oznacza, że duża cześć dzieci jest poza systemem. To dotyczy zwłaszcza tych regionów Włoch, gdzie nie funkcjonują ani szkoły orpegowskie, czyli nasze SPKi ani szkoły społeczne. Ale w samym Rzymie i okolicach również mieszkają dzieci, które nie uczęszczają do polskich szkol.

Jak wygląda nauka w SPK w Rzymie?

DS: Realizujemy tu dwa systemy kształcenia. Pierwszy, w ramach którego uczniowie przychodzą do szkoły raz w tygodniu. W ramach tego systemu uczniowie mają (w zależności od klasy oczywiście) trzy godziny języka polskiego i dwie godziny przedmiotu, który się nazywa wiedza o Polsce. Przedmiot ten łączy elementy historii i geografii i wiedzy  społeczeństwie. To wynika z podstawy programowej, która jest opracowana dla wszystkich tego typu szkół.

A drugi system?
DS: Drugi system to  taki, kiedy uczniowie przyjeżdżają do szkoły raz w miesiącu, w ciągu roku szkolnego mamy 8, 9, maksymalnie 10 – takich spotkań. Liczba ta zależy od możliwości organizacyjnych danej szkoły. I w czasie tych spotkań realizujemy dokładnie taki sam program, jak w przypadku tego pierwszego systemu, co oczywiście wymusza na uczniach znacznie więcej pracy w domu. Z naszych doświadczeń wynika, że wcale nie jest tak, że uczniowie, którzy przyjeżdżają do szkoły tylko raz w miesiącu, wiedzą mniej od pozostałych. W takich przypadkach zazwyczaj  widać ogromne zaangażowanie rodziny. Z mojej wiedzy wynika, ze jesteśmy prawdopodobnie jedynym szkolnym punktem konsultacyjnym na świecie, w którym realizowane są oba systemy nauczania.

A co z dziećmi w wielu przedszkolnym?

DS: Ustawa o systemie oświaty oraz rozporządzenia, które regulują prace naszych szkół, pozwalają nam na prowadzenie kształcenia w zakresie szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum. Nie pozwalają natomiast na prowadzenie tzw. klas zerowych ani  przedszkola. Ale wszyscy wiemy, że tak naprawdę zainteresowanie edukacją polską nie zaczyna się u rodziców dopiero wtedy, gdy dziecko ma iść do szkoły. Od dawna wiemy też, że najlepsze efekty w wychowaniu dzieci dwujęzycznych osiąga się wtedy, gdy oba  języki wprowadza się od początku życia dziecka w sposób harmonijny, dodatkowo wspierając język mniejszościowy, w naszym wypadku język polski. Mniej więcej w tym samym  czasie dzieci  zaczynają  edukacje w przedszkolu  włoskim i nawet jeśli do tej pory pierwszym językiem dziecka był język polski, to od teraz język włoski zaczyna być silniejszy.

I właśnie dlatego w Rzymie, przy SPK powstało Stowarzyszenie Nauczycieli Języka i Kultury Polskiej, którego celem było założenie przedszkola. Od początku otrzymywaliśmy  wsparcie ze strony Wydziału Konsularnego Ambasady RP w Rzymie. Założeniem była również ścisła współpraca szkoły i Stowarzyszenia. W  tym roku prowadzimy pięć grup przedszkolnych, które mają zajęcia raz w tygodniu (tak jak w szkole) realizując program uzupełniający. Działa ono już ponad 6 lat. Dochowaliśmy się już „absolwentów” tego przedszkola, którzy chodzą do szkoły podstawowej.

Czy fakt, że dane dziecko chodziło do przedszkola, ma jakiś wpływ na dalszą edukację dziecka w szkole uzupełniającej?  

DS: Nauczyciele  wychowania wczesnoszkolnego mówią, że są bardziej śmiałe, dzieci te są potem bardziej „naładowane” elementami kultury polskiej, prawdziwie wychowane w dwóch kulturach – to jest dla nich  norma. To znaczy, że ich tożsamość od początku bazuje na dwóch kulturach. Kiedy pani przedszkolanka bawi się z tymi dziećmi w „rolnika samego w dolinie”, to uczy je poprzez śpiewanie, rysowanie, zabawę itp. Z takimi dziećmi potem w szkole jest nam znacznie łatwiej pracować. Dzieci rozpoczynają naukę w szkole włoskiej w wieku lat sześciu. Ten moment, kiedy zaczynałyby one równocześnie szkołę włoską i polską  bez  wcześniejszego przygotowania przedszkolnego mógłby  być  dla nich trudnym okresem. Nie tylko dlatego, ze  trzeba rano wstawać nie tylko w tygodniu, ale jeszcze w sobotę, ale przede wszystkim  dlatego, ze trudno by im było nagle zacząć funkcjonować  jednocześnie w dwóch kulturach. Dzieci, które chodziły do nas już wcześniej nie mają tego problemu.

Jest jeszcze i jeden argument za wczesnym rozpoczęciem formalnej nauki polskiego: żeby pokazać, że językiem polskim nie posługuje się tylko mama, bo taki jest najczęściej układ w rodzinie, nie tylko babcia, ale że tym samym językiem mówią także inne mamy, inne dzieci, panie itp.

No to może zapytam panią na koniec, jaki jest główny motyw mam, które posyłają dzieci do polskiej szkoły?

DS: To jest bardzo dobre pytanie (śmiech). Chodzi zapewne o język polski i utrzymanie kultury, utrzymanie kontaktów z polska częścią rodziny. W szerszej perspektywie o utrzymanie tożsamości.  Niektórym mamom wydaje się czasem, że im samym dzięki posłaniu dzieci do szkoły polskiej będzie łatwiej się przemóc i mówić do nich po polsku – same przyznają, że czasem trzeba sobie coś przełączyć w głowie, żeby zacząć mówić po polsku.

Ale skąd się rodzi potrzeba? Przez kilka lat nie czuła mama tej potrzeby, a teraz nagle czuje?

DS: Bo mama jest jednak Polką.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

Zofia Wodniecka i Karol Chlipalski

 
Serwis Wszystko o dwujęzyczności jest dostępny na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Uniwersytetu
Warszawskiego. Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Senatu zadań
w zakresie opieki nad Polonią i Polakami za granicą w 2016 roku. Zezwala się na
dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym
informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o zleceniu zadania
publicznego przez Kancelarię Senatu oraz  przyznaniu dotacji na jego wykonanie w 2016 r.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *